czwartek, 25 września 2014

Cut, cut, cut!

  Jakiś czas temu opisywałam na blogu swoją przygodę z dekoloryzacją włosów. Nie tak dawno dostałam zaproszenie do salonu Filipa Galasa na darmowe cięcie i regenerację włosów. Skorzystałam. Takie zaproszenie może otrzymać każda z Was, wystarczy wypełnić formularz na stronie internetowej salonu. 
  Lubię swoje długie włosy i tego akurat nie chciałam zmieniać. Przed wizytą wyglądały tak:
 A tu ujęcie z boku:
  Na szczęście fryzjer, który się mną zajmował, specjalizował się właśnie w strzyżeniu włosów długich... Ale chyba lubił je mocno skracać - o tym za chwilę:) Wspólnie ustaliliśmy, że najlepiej będzie odświeżyć linię włosów i podciąć zniszczone końcówki (po dekoloryzacji trochę się skruszyły). Następnie dostałam pyszną caffe latte (naprawdę polecam - w salonie kawa jest nie tylko smaczna, ale też pięknie podana. Za podobną w Starbucksie trzeba zapłacić ok 15 PLN. A tu macie ją za darmo i do tego nową fryzurę:) Poza tym miłośnikom kawy przypominam o jednym ze swoich wcześniejszych wpisów. Pierwszy (i ostatni) tzw. zgrzyt podczas mojej wizyty pojawił się w momencie, gdy w ruch poszły nożyczki. Na podłogę spadło podejrzanie dużo włosów. Oczywiście od razu zwróciłam na to uwagę, ale w odpowiedzi usłyszałam, że to tylko 5 cm. Takie złudzenie optyczne, bo na podłodze wygląda, że kosmyk jest dłuższy. W końcu moją fryzurą zajmował się ekspert, więc jakoś się tym nie przejęłam. Zajęłam się rozmową, piciem kawy i sprawdzaniem poczty w telefonie;). Jednak gdy fryzjer zaczął obcinać przód, trochę mnie zamurowało. To nie było 5 tylko 10, a w moim odczuciu nawet 15 cm! Fryzjer od razu zauważył moją reakcję i zaczął tłumaczyć, że tak będzie lepiej, będą się łatwo układały i że musiał ich trochę więcej ściąć. Zapewnił, że będzie super i mam się nie martwić. W sumie racja. W każdym razie włosy zostały znacznie skrócone. Efekt strzyżenia:
  
  Przyznam się, że zdjęcia zrobiłam dwa tygodnie po wizycie i włosy już trochę odrosły. Niemniej jednak z salonu wyszłam zadowolona. Przez pierwszy dzień nie mogłam się przyzwyczaić do nowej fryzury (dawno nie miałam tak krótkich włosów). Ale teraz uważam, że rzeczywiście lepiej się prezentują. Zawsze to jakaś miła odmiana:) Poza tym włosy rosną średnio centymetr na miesiąc, więc za rok powinny wrócić do dawnej długości;) Po strzyżeniu inna fryzjerka nałożyła mi na włosy odżywki, dzięki którym nabrały blasku. Ogólnie wizytę oceniam na udaną i jeżeli potrzebujecie zmiany, a mieszkacie w Warszawie lub okolicach, to powinnyście wysłać zgłoszenie. Na fotelu spędziłam jakieś dwie godziny. Fryzjerzy zajęli się mną profesjonalnie, a atmosfera była sympatyczna. Bardzo podobała mi się obsługa. To chyba jeden z nielicznych salonów, gdzie nikt nie wciskał na siłę kosmetyków. Z tego, co widziałam, to raczej klientki prosiły fryzjerów, żeby zaproponowali jakąś odżywkę czy olejek. 
  Powszechnie krąży przekonanie, że krótkie włosy szybciej i łatwiej się układa. Ja się z tym nie zgadzam:) Dlatego przygotowałam zestawienie plusów i minusów posiadania włosów długich i krótkich (oczywiście z przymrużeniem oka).

Włosy długie:

1. Łatwo się je układa, nawet gdy nie mamy dużo czasu. Serio! Część z Was pewnie się z tym nie zgodzi. I owszem - są wyjątki. Zrobienie fryzury na specjalną okazję może trwać nawet 2 godziny. Ale na codzienne wyjścia zajmuje to chwilę. Wystarczy lekko podkręcić lub wyprostować. A w momencie, gdy zaśpimy i mamy mało czasu, można je zebrać w tzw. kucyk i po problemie. Poza tym w okresie letnim modny jest styl tzw. dziewczyny surfera. Długie włosy w lekkim nieładzie - artystycznie to się zawsze broni.

2. Przy samodzielnym farbowaniu warto kupić dwa opakowania farby. Jedno może nie wystarczyć, zwłaszcza jak włosy są gęste.

3. Suszenie - trwa dość długo.


Włosy krótkie:

1. Trzeba poświęcić rano czas na ich ułożenie. W tym przypadku nie można wyjść na ulicę z włosami w nieładzie, bo będzie to wyglądało po prostu źle. Nieujarzmione fale przy krótkich włosach to nie jest dobry pomysł. Krótsze włosy po prostu muszą dobrze się układać.

2. Fryzura na większe wyjścia będzie na pewno szybsza w wykonaniu niż przy długich włosach. Ale z drugiej strony - repertuar jest dość mocno ograniczony.

3. Podczas farbowania zużywa się na nie mniej farby i co za tym idzie, zajmuje to mniej czasu.

  A Wy jakie macie podejście do swojej fryzury? Lubicie zmiany? Moim następnym krokiem będzie pewnie koloryzacja;) Może jakiś chłodny odcień bardzo jasnego brązu. 




piątek, 19 września 2014

Wear sneakers everywhere

  Na chwilę zostaniemy jeszcze przy temacie panterki. W poprzednim poście opisywałam Wam słuchawki z TESCO. Tani sprzęt nie musi być zły:) Zupełnie przypadkiem stałam się również posiadaczką butów z tym samym motywem. Idealnie pasują do słuchawek. Mogliście je już zobaczyć na Instagramie życienienabogato. Co prawda mam już w kolekcji botki w panterkę, o których również wspominałam na blogu, ale tym razem zdecydowałam się na trampki.
  Buty pochodzą z Pull&Bear i są ostatnim już łupem z wyprzedaży. Ostatnim, gdyż promocje w sklepach w zasadzie już się skończyły. Gdzieniegdzie można jeszcze załapać się na tzw. dorzutkę. Tak było w tym przypadku. Regularna cena tych butów wynosiła 139,90 PLN. Sporo jak na trampki. Fakt, że wszechobecne Conversy są jeszcze droższe, ale Pull&Bear to tylko młodzieżowa sieciówka. Więc cena co najmniej nieadekwatna do jakości. W zasadzie to na nie nie polowałam. Nawet w trakcie wyprzedaży. Myślałam, że po pierwsze - jestem trochę za stara na młodzieżowe trampki, a po drugie - rzadko chodzę w butach tego typu. 
  Z tego, co pamiętam, cena spadała dość leniwie: najpierw do 89,90 PLN, potem 69,90 PLN, a po bardzo długim czasie - 39.90 PLN. Co jakiś czas wchodziłam w zakładkę wyprzedaż i trampki z tą ostatnią ceną za bardzo nie miały powodzenia. Były dostępne, ale wtedy jakoś się nimi nie zainteresowałam. Później zostały wykupione i można powiedzieć, że zapomniałam o tym fasonie. Do czasu... Z ciekawości zajrzałam na stronę Pull&Bear, żeby obejrzeć nową kolekcję i zobaczyć, jak wypada cenowo. Kliknęłam też w link z ostatnimi wyprzedażami. Nie mogłam się powstrzymać:) I moim oczom ukazały się trampki w panterkę z ceną 14,90 PLN. Piętnaście złotych za buty, które wyjściowo kosztowały 139,90 PLN? A do tego zostały dwa rozmiary - w tym mój. Niewiele myśląc, kupiłam. Z założenia miały to być buty na przejażdżki rowerowe i niezobowiązujące imprezy w terenie, jak np. grill:) Wszytko się zmieniło, gdy otrzymałam przesyłkę. Buty są porządnie wykonane. Materiał nie jest zwykłą, cienką szmatką, która szybko się odbarwia (jak to się często dzieje w tanich trampkach). Podeszwa jest wysoka i chyba wulkanizowana. Nie ma tego w opisie butów, ale takie mam odczucie, gdy je noszę. Kilka lat temu nosiłam Vansy, które właśnie miały podeszwę tego typu i efekt był identyczny. Dzięki temu, że trampki są wykonane z dobrych materiałów, nie wyglądają tanio. Nadają się więc nie tylko dla nastolatek:) Dla mnie trampki okazały się uniwersalne. Mogę je założyć na rower, na zakupy, a nawet do pracy (z odpowiednio dobranym strojem). Nie spodziewałam się, że trampki w panterkę okażą się takie funkcjonalne. A uwierzcie mi - pasują do wielu stylizacji. Dodatkowo są wykonane z grubszej tkaniny, więc będę je mogła nosić nawet jesienią (oczywiście w cieplejsze dni).
  Jak widać, nie można się uprzedzać. Dorosła kobieta też może założyć sportowe buty i nie wyglądać przy tym, jakby się odmładzała na siłę. Jeżeli chcemy kupić młodzieżową rzecz, należy jednak przestrzegać kilku zasad:

1. Wybieraj ciekawe wzory, ale nie infantylne. Panterka i postacie z komiksów oraz kultowych bajek (w końcu Marvel celuje raczej w dojrzałych odbiorców, a Mickey Mouse to już symbol) mogą być. Ale unikałabym trupich czach i postaci ze współczesnych bajek. 

2. Odpowiednia oprawa. Jeżeli decydujesz się na koszulkę z młodzieżowym napisem, a masz więcej niż 21 lat, to niech to będzie tylko jeden element stroju. Umiar musi być. Przykładowo - zabawna koszulka przełamana elegancką marynarką prezentuje się naprawdę dobrze.

3. Stawiaj na jakość.  Lichą jakość po prostu widać. Wypłowiałe trampki dobrze mogą się prezentować na szesnastolatce, ale taki niedbały styl niekoniecznie będzie się sprawdzał u trzydziestolatki. Dorosła kobieta może wtedy wyglądać, jakby pożyczyła buty od młodszej siostry.

4. Wybierz właściwy rozmiar. Wiadomo - S w jednym sklepie to jak M w innym. Należy jednak pamiętać, że z reguły młodzieżowe sklepy mają trochę inną rozmiarówkę. Jeżeli w Zarze mamy koszulę w rozmiarze XS, to może się okazać, że w takim Pull&Bear będzie potrzebna M. Często jest też tak, że warto kupić za duży ciuch i zrobić z tego oversize. 

  Poza tym wiele zależy od stylu i charakteru danej osoby. Coraz częściej ludzie nie zwracają uwagi na swój wiek. Wiek to stan umysłu:) Ale i tak warto zastanowić się nad tym, co nam wypada założyć, a czego już nie.
  A Wy upolowaliście coś ciekawego na wyprzedażach w tym roku? A może kupiliście coś, co teoretycznie było nie w waszym stylu, a teraz nie możecie się z tym rozstać? 

niedziela, 14 września 2014

Surround for one pound

  Dziś mam przyjemność przedstawić Wam nową kategorię na blogu - GADŻETY. W tym miejscu będę opisywała różne przydatne gadżety, które są nie tylko funkcjonalne, ale też pozwolą nam zaoszczędzić;) Możecie się tu spodziewać naprawdę ciekawych rzeczy, może inspiracji na prezent dla kogoś bliskiego? W każdym razie zachęcam do śledzenia bloga.
  Ponieważ to pierwszy post z tego cyklu, zacznę spokojnie. Na pierwszy ogień idą oryginalne słuchawki z motywem panterki! Pewnie zastanawiacie się, co w nich (poza wyglądem) jest takiego niezwykłego. W samych słuchawkach - niewiele. Ale historia ich zakupu na pewno jest ciekawa.  
  Słuchawki pochodzą z TESCO. Tak, w supermarkecie jak najbardziej można kupić fajny sprzęt nagłośnieniowy. Nauszniki (bo według mnie ta nazwa do nich pasuje;)) znalazły się w moim posiadaniu zupełnie przypadkiem. Do całodobowego TESCO wybrałam się późnym wieczorem, ponieważ potrzebowałam papieru do drukarki. Na szczęście sklep nie był daleko. Moją uwagę przykuły palety z przecenionymi rzeczami. Wśród talerzy, kubeczków, drewnianych sztućców zauważyłam słuchawki w panterkę. Ich regularna cena to 35,99 PLN. Na promocji kosztowały jedynie 12,49 PLN. To nie dużo jak na słuchawki. Obejrzałam je dokładnie - producent daje roczną gwarancję, zapewnia o czystym dźwięku i komforcie użytkowania. Za taką cenę szkoda ich było nie wziąć. Wiedziałam, że nie są to słuchawki świetnej jakości, ale czasem sprawdza się również słabszy sprzęt, np. na wyjazdach. Aby się upewnić co do ceny, podeszłam do czytnika. I tu czekało mnie miłe zaskoczenie: na wyświetlaczu widniała cena 6,55 PLN! Wtedy stało się jasne, że nie opuszczę bez nich sklepu. I nie ukrywam, że główną rolę odegrała tu cena. W regularnej na pewno bym się na nie nie zdecydowała, ponieważ mam już sprzęt, z którego korzystam na co dzień. Słuchawki są dostępne w dwóch odcieniach: ciemnym i jasnym. Ja wybrałam ciemne.
 A jak sprawdzają się w rzeczywistości? Naprawdę nieźle. Plusy:
- czysty, ładny dźwięk
- możliwość regulacji wielkości (niewielka, bo niewielka, ale zawsze)
- możliwość ściszania i pogłaśniania muzyki z pilota na kablu (który ma też wbudowany mikrofon i przycisk, więc możemy używać słuchawek do odbierania połączeń telefonicznych i rozmów)
- oryginalny wygląd
- wejście na kable jest ukryte w w futerku

  Słuchawki wykonane są z miękkiego, miłego w dotyku materiału. Pałąk obleczony jest eko skórą, co daje ciekawy efekt. Są bardzo wygodne, nie cisną i ładnie leżą. Nieźle się na nich słucha muzyki, a to chyba najważniejsze. Nie spodziewałam się, że słuchawki za bardzo niską cenę mogą być tak funkcjonalne. 
  Jak widzicie, fajne rzeczy można znaleźć w najmniej oczekiwanym momencie. A Wy macie jakieś warte uwagi gadżety z supermarketu?

PS: Powinny być jeszcze dostępne w wybranych marketach.

wtorek, 9 września 2014

Ice-cream de la creme

  Lato już w zasadzie na wylocie, więc trzeba korzystać z ostatnich słonecznych dni w tym roku. A jaka jest najpyszniejsza rzecz, którą można zjeść podczas upałów? Oczywiście lody:) Czas na podsumowanie, gdzie tego lata były (i jeszcze są!) najlepsze i najbardziej korzystne cenowo. Czy wysoka cena = dobry smak? Sprawdźmy.
  Na pierwszy ogień idzie znana sieciówka - Grycan. Nie znam osoby, która nie lubiłaby lodów od Grycana:) Rzeczywiście mają całkiem spory wybór smaków. Osobiście najbardziej lubię ich sorbety. Są orzeźwiające, lekkie i bardzo soczyste. Oferta jest dość klasyczna, więc na pewno każdy znajdzie tam smak dla siebie. Cena za gałkę to 2,50 PLN.
  W cukierni Cieślikowski również  sprzedają lody gałkowe. Cena taka sama jak u poprzednika - 2,50 PLN za gałkę. Według mnie ich oferta zbyt bogata nie jest. Smaki są standardowe, wielkość gałki raczej standardowa. W tej cenie można znaleźć lepsze lody, np. u Grycana;) Ale nie mówię, że te są złe.
  Limoni - ta sieciówka jak dla mnie prowadzi. Mają ogromną ofertę smaków i potrafią je ze sobą łączyć. Przykład? Lody bazyliowo-cytrynowe, ogórkowe czy dyniowe. Obok tych dość oryginalnych jest też oferta klasyczna: truskawkowe, czekoladowe, pistacjowe. Każdy znajdzie coś dla siebie. Widać, że przygotowywane są z naturalnych składników, np. lody dyniowe smakują jak prawdziwa dynia, agrestowe czy mirabelkowe zawierają kawałki tychże owoców. Dodatkowy plus to naprawdę duże porcje. Jedna gałka lodów w Limoni to jak dwie u Grycana. Jedynym minusem może być cena, aż 5 PLN. No, ale z drugiej strony gałka też jest 2x większa. Limoni docenią również właściciele czworonogów - psy dostają lody gratis;) Ciekawe czy im też smakują:)
   Lodziarnia (a w zasadzie cukiernia) noname w Tesco. Od razu w oczy rzuca się cena - tylko 1,30 PLN za gałkę! Napis "oferta specjalna" jest trochę mylący - lody całe lato były w tej cenie;)
Gałki są standardowych wielkości. Oferta raczej klasyczna i niestety chyba nigdy nie zmieniają smaków. Ale i tak są pyszne:) Moje ulubione z tego stoiska to jagodowo-śmietankowe. Na zdjęciu to trzecie od lewej:)
  A tak wyglądają w wafelku:
  Na rynku są dostępne również maszyny do amatorskiej produkcji lodów w domu. Jeszcze nie testowałam, ale mam zamiar to zrobić  w tym roku:) I na pewno opiszę na blogu - może czas na kolejną kategorię? Ga... Szczegóły wkrótce;)

A jakie są Wasze ulubione lodziarnie?


niedziela, 7 września 2014

Quick trick

  Dziś szybka porada z kategorii MODA. Wyprzedaże w zasadzie dobiegły już końca. Co zatem zrobić, jeżeli pilnie potrzebujemy jakiejś rzeczy, ale nie chcemy przepłacać? Wystarczy poszukać czegoś odpowiedniego w H&M i zapisać się do newslettera. Każda nowo zapisana osoba otrzymuje kod rabatowy, który uprawnia do zakupu jednej rzeczy z 25% zniżką. Jak to zrobić? Na stronie internetowej sklepu znajduje się odnośnik ZAMÓW NEWSLETTER. Należy go wypełnić, a później potwierdzić rejestrację (kliknąć w link wysłany na adres e-mailowy). I tak, jeżeli kupujemy coś za 100 PLN to z kuponem zapłacimy 75 PLN. Znacznie lepiej, prawda?
 
  
  Ale to nie koniec. Jeżeli chcemy kolejny kupon - nic prostszego. Wystarczy wypisać się z bazy newslettera, odczekać ok. tygodnia i zapisać się ponownie. Kupon znów przyjdzie na Waszą skrzynkę:) Nie namawiam, po prostu informuję, że jest taka możliwość. Co ważne - kupujcie rozsądnie. Jeżeli użyjecie kuponu rabatowego, a potem będziecie chcieli zwrócić rzecz, pieniądze dostaniecie na kartę podarunkową. Może 25% to nie jest jakaś wielka oszczędność, ale zawsze lepiej zapłacić mniej.

czwartek, 4 września 2014

Looking for a job - interview

  Dostałaś/eś zaproszenie na rozmowę kwalifikacyjną? Gratulacje. Po pierwsze - ktoś otworzył twoje CV (a na pewno dostał ich kilkadziesiąt, czasami nawet kilkaset), a po drugie - wstępnie pasujesz na stanowisko, o które się ubiegasz. Rozmowa to ważny element. Wrażenie, jakie zrobimy na potencjalnym pracodawcy, zdecyduje, czy dostaniemy posadę. Często pytanie brzmi również: jakie wrażenie zrobił potencjalny pracodawca na nas? Zdarza się, że rekruterzy nie są  przygotowani do prowadzenia rozmów, co dodatkowo może zestresować kandydata lub... wręcz przeciwnie. Mimo, że nie jestem specjalistką od HR-u, postanowiłam, że podzielę się z Wami uwagami na temat tego, na co warto zwrócić uwagę, wybierając się na rozmowę kwalifikacyjną. Od razu zaznaczam, że to moja subiektywna ocena i nie wrzucam do jednego worka wszystkich firm. Po prostu opiszę to, co na rozmowach spotkało mnie. A kilkanaście rozmów o pracę już w życiu miałam... niestety;)

W co się ubrać?


  Pierwsza myśl - elegancko. I to w zasadzie nie jest zła koncepcja. Oczywiście zależy, co dla kogo znaczy elegancko. Niekoniecznie trzeba od razu ubierać się jak na maturę. Ciemna ołówkowa spódnica i jasna koszulowa bluzka nie zawsze się sprawdzą - i  w zasadzie powinno się takiego zestawu unikać. Kiedyś usłyszałam opinię, że należy ubrać się tak, aby pracodawca mógł nas sobie wyobrazić w pracy na stanowisku, o które się ubiegamy. Z tym się zgadzam. Przykładowo: sekretarka w biurze często ma określony dress code. I na rozmowę o to stanowisko wspominania już ołówkowa spódnica i jasna bluzka będą jak najbardziej ok. Ale jeżeli staramy się o pracę "artystyczną" (np. grafik, fotograf), możemy ubrać się dowolnie. W końcu wygląd odzwierciedla nasz styl, a kto by chciał współpracować z nudnym grafikiem?;) Według mnie są jednak zasady, których łamać nikt nie powinien. Choć nie wiem, jak bardzo byłaby luźna atmosfera w potencjalnym przyszłym miejscu pracy, na rozmowę nie wypada zakładać szortów i prześwitujących bluzek. W czymś takim na pewno nie będziemy wyglądać profesjonalnie. Ale jak zawsze są wyjątki: jeżeli ktoś chce znaleźć pracę przy wypożyczaniu sprzętu wodnego, to na rozmowę może pójść nawet w bikini i będzie ok:). Generalnie strój na rozmowie powinien pasować do stanowiska, o które się ubiegamy.
  Oczywiście odpowiedni strój dotyczy również osób rekrutujących. One są poniekąd wizytówką firmy i powinny zrobić na kandydatach dobre wrażenie. W teorii. Zdarzyło Wam się kiedyś, że byliście na rozmowie bardziej elegancko ubrani niż rekruter? Mi tak. Najzabawniejsze, że miało to miejsce w dość dużej korporacji. Znałem tę firmę, zanim dostałam zaproszenie na rozmowę. Wiedziałam, że mają siedzibę w jednym z nowoczesnych apartamentowców i żeby przejść do biura, potrzebna jest przepustka z recepcji (recepcjonistki miały oczywiście standardowy dress code). Jednym zdaniem, wszystko wskazywało na to, że wypada założyć coś eleganckiego. Zdecydowałam się więc na buty na obcasie, eleganckie spodnie i marynarkę. Na osobę, która miała przeprowadzać rekrutację, czekałam przy recepcji. Byłam lekko zdziwiona, gdy przyszła do mnie dziewczyna w sukience w kwiatki i sandałach. I nie była to elegancka kiecka. Raczej taka bawełniana. Podobną sama chętnie noszę na wakacjach... Nie wiem, o czym pani myślała, gdy komponowała strój, ale chyba nie o tym, że będzie prowadziła rekrutacyjne rozmowy;) Innym razem trafiłam na rozmowę z prezesem dość dużej firmy, który na spotkanie założył koszulkę polo i uwaga -  klapki:) Na szczęście (?) bez skarpet. Plus jest taki, że nieodpowiednio ubrany rekruter od razu sprawia, że kandydat mniej się stresuje. Bo niby czym? Rozmową o pracę z facetem w klapkach?;)
  Z reguły najlepiej ubrać się casual elegance, np. mokasyny (nie wiem czemu, ale mokasyny są dla mnie o wiele bardziej eleganckie niż wszechobecne baleriny), dżinsy, zwykła kremowa koszulka i czarna marynarka. Taki zestaw będzie odpowiedni na prawie każdą rozmowę. Ani zbyt elegancko, ani zbyt na luzie.

Trudne pytania 


  Istnieje kilka pytań, które padają na rozmowach prawie zawsze. Jednym z tych najbardziej nielubianych jest nieśmiertelne "Ile by Pan/i chciał/a zarabiać?". Każdy normalny człowiek myśli sobie - "jak najwięcej", ale oczywiście nikt (prawie) tego nie mówi. I przy tym pytaniu kandydaci dzielą się na dwie grupy. Jedni zaniżają stawkę i liczą, że dzięki temu dostaną posadę, a drudzy szczerze odpowiadają, na ile wyceniają swoją pracę. Osobiście jestem za tą drugą opcją. Czemu nie należy zaniżać stawki? Po pierwsze i najważniejsze, każdy ma swoje wydatki. A do pracy chodzimy po to, żeby zarabiać, w końcu to nie wolontariat. Po drugie - osoby rekrutujące wiedzą, że kandydaci specjalnie podają niższe kwoty, gdyż zależy im na pracy. I w ich oczach mogą wyjść na desperatów. Najważniejsze, żeby pokazać, że zależy nam na pracy i jest się odpowiednią osobą na to stanowisko, ale nic na siłę. Szanujcie swój czas i umiejętności. Poza tym pamiętajcie, że możecie tę pracę dostać i firma zaoferuje tyle, ile powiedzieliście na rozmowie, a mogła więcej. Potem w pracowniku narasta tylko frustracja, że pracuje za niewielkie pieniądze. No ale na rozmowie stwierdził, że tyle mu wystarczy. Jednak każdy kij ma dwa końce. Nie można też zawyżać stawek. Najlepiej zrobić rekonesans, ile wynosi pensja na danym stanowisku i dostosować to do swojego doświadczenia. Z tym pytaniem również miałam problem na jednej rozmowie. Byłam świeżo po studiach i poszłam na pierwszą poważną rozmowę kwalifikacyjną (prace studenckie zbyt poważne nie były). Nie znałam wtedy realiów, jakie panują w branży, więc na pytanie - ile bym chciała zarabiać, powiedziałam właśnie tyle, ile bym naprawdę chciała. W odpowiedzi na moją kwotę rekruterka rzuciła: "Pani chyba żartuje!". Wtedy nie wiedziałam, co mam powiedzieć, ale dziś wiem, że trzeba było jej pogratulować profesjonalizmu;) Rekruter nigdy nie powinien komentować naszych wyborów. Z reguły podane kwoty zapisują sobie gdzieś z tyłu CV i tyle. W ogóle uważam, że pytania o zarobki na rozmowie nie powinny paść. To ewentualny pracodawca powinien powiedzieć, ile może zaproponować i to od razu w ogłoszeniu. Myślę, że byłoby to korzystne dla obu stron. Pracodawca miałby mniej CV do przejrzenia, a kandydaci nie czuliby się zawiedzeni podczas rozmowy. Część osób, gdyby znała stawkę, na pewno nie wysłałaby CV. Przykładowo - ktoś, kto ma już pracę, raczej nie chciałby jej zmieniać na gorzej płatną. A w drugą stronę - gdyby w ogłoszeniu była podana wysoka kwota, to część kandydatów z niewielkim doświadczeniem zawodowym też by odpuściła (spore zarobki to często też duża odpowiedzialność). Osoby, które już mają pracę, ale chcą ją zmienić, mogą mieć problem z pytaniem: "Dlaczego Pan/i chce zmienić pracę?". Prawda przeważnie jest taka, że albo jest to zajęcie mało płatne, albo mało ambitne. Oczywiście nie wypada mówić, że chcę zmienić bo mi zbyt mało płacą. Najlepiej obejść pytanie stwierdzeniem, że rozglądam się za czymś bardziej ambitnym lub czymś, co mnie bardziej interesuje. Raczej nie warto mówić, że chce się zmienić pracę z powodu złej atmosfery itp. 

Błędy rekrutera


  Tak jak pisałam, część osób prowadzących rekrutację nie ma pojęcia, jak się do tego zabrać. Nie są przygotowani i improwizują, ponieważ myślą, że to kandydat ma się wykazać. W sumie trochę tak jest, ale wykazać trzeba mieć się przed kim. A czemu kandydat ma się starać, skoro widzi, że potencjalny pracodawca za bardzo nie jest zainteresowany? Niektórzy przeczytają jakiś poradnik w sieci i lecą z tymi samymi pytaniami podczas każdej rozmowy. I chyba tacy rozbawiają mnie najbardziej. Te poradniki są w większości skierowane do międzynarodowych korporacji i tam ma to sens. W takich miejscach, np. podczas rozmowy, jest obecny psycholog i pada szereg na pozór dziwnych pytań. Na pozór dziwnych, ponieważ tam rekruterzy wiedzą, w jakim celu je zadają (nie słuchają tylko odpowiedzi, ale sprawdzają też, jak w ogóle kandydat zachował się, gdy usłyszał pytanie). Niestety, gdy poradnik trafi w niewłaściwe ręce, pracodawca będzie katował kandydatów bezsensownymi pytaniami w myśl zasady: bo każdy o to pyta. Serio? Ile razy można odpowiadać na pytanie: "Jakie są Pana/Pani zalety i wady?" Na prawdę liczą, że ktoś powie prawdę?:) Albo mój ulubiony zestaw pytań: "Co by było, gdyby (tu pada jakaś abstrakcyjna sytuacja)?", "Jaki jest Pana/Pani ulubiony kolor (pytanie na rozluźnienie atmosfery?)", "Czy pracował/aby Pan/i, gdyby firma miała przestój w płynności finansowej (czyli czy przychodziłabym do pracy, gdyby nikt mi od pół roku nie płacił? A ciekawe, czy rekruter by przychodził)"
  Moja najdziwniejsza rozmowa kwalifikacyjna? Kiedyś starałam się o pracę w znanej agencji marketingowej. Jednym z ich klientów był znany napój wyskokowy. Strona internetowa, rozmowa przez telefon i cała otoczka sprawiały sympatyczne wrażenie. Do dnia rozmowy na żywo. Przyszłam pod wskazany adres, ale zamiast osoby, która miała przeprowadzać rozmowę, był... ojciec rekrutera (który też pracuje w tej branży). Bardzo mnie przepraszał, ale syn się pochorował i on ma zastępstwo. Problem podobno był taki, że ów syn zabrał do domu wszystkie CV, więc facet nie wiedział, z kim rozmawia i poprosił, żebym mu coś o sobie opowiedziała. Następnie zapytał się, jak widzę swoje zarobki. Na moje pytanie, że ciężko stwierdzić, bo sam nic nie opowiedział o oferowanym stanowisku, trochę się zmieszał i powiedział, że tak naprawdę nie do końca wie, jaki byłby zakres obowiązków. Czułam się jak w jakiejś ukrytej kamerze. Skończyło się tak, że dał mi kontakt do syna. Żeby poznać szczegóły tej świetnej oferty, miałam się skontaktować właśnie z nim. Nie łatwiej było zadzwonić i przełożyć rozmowę na termin, w którym ów syn będzie dysponowany? Jak widać nie:) 

  Myślę, że temat rozmowy kwalifikacyjnej jeszcze powróci na bloga - ale w innej odsłonie. W tej kwestii można jeszcze sporo powiedzieć. Zaznaczam, że byłam też na naprawdę fajnych rozmowach, które miło wspominam. Nie generalizuję wszystkich rekruterów, a ten tekst miał za zadanie pokazać, co może kandydata na rozmowie spotkać. A może dosłownie wszystko. A Wy jakie macie wspomnienia z okresu szukania pracy?;)

PS: Jeżeli szukacie pracy, to rad zawartych w tym wpisie używacie na własną odpowiedzialność:)