niedziela, 29 czerwca 2014

DISCOloration without a fee

  Z zamiarem dekoloryzacji nosiłam się już od dawna. Denerwowało mnie, że moje włosy, które teoretycznie były w kolorze ciemnego brązu, wyglądały na czarne. Marzyłam o jasnym brązie, ewentualnie – ciemnym blondzie. Z decyzją jednak trochę zwlekałam. Dlaczego? Ceny dekoloryzacji w niektórych salonach odstraszają. Wystarczy spojrzeć na cenniki na stronach internetowych. Dla właścicielek długich włosów taki zabieg to koszt ok. 400 PLN (dekoloryzacja + nowy kolor). Oczywiście trzeba się nastawić na to, że fryzjerzy lubią wymyślać zabiegi, które jeszcze podbiją tę kwotę. I prawdopodobnie będą też namawiać na zakup kosmetyków, które są wręcz niezbędne po zabiegu. Takie zachowanie jest dość popularne, szczególnie w tych markowych salonach. Trzeba więc być bardzo asertywną, bo można zostawić u fryzjera pół wypłaty:) To jeden powód, a drugi to taki, że kilka osób (nawet fryzjerów!) przestrzegało mnie przed tym zabiegiem. Co prawda jedną dekoloryzację już miałam kilka lat temu, ale i tak trochę się martwiłam o kondycję włosów (bo lekko to one nie mają;)). Fryzjerzy proponowali, że może lepiej zrobić jaśniejsze pasemka (yyy były dobre, ale 10 lat temu:)) i w ten sposób stopniowo wychodzić z ciemnego koloru. Czasem jest tak, że trzeba wziąć sprawy w swoje ręce i nie ufać nawet osobom, które zajmują się czymś zawodowo. W końcu się zdecydowałam i wbrew ostrzeżeniom rozjaśniłam włosy. Po tym wszystkim, co usłyszałam i wyczytałam w sieci, postanowiłam zebrać najczęściej powtarzane mity na temat dekoloryzacji. Może dzięki temu nikt już nie będzie się wahał:) Bo dekoloryzacja to naprawdę nic nadzwyczajnego.

Mit nr 1 – Dekoloryzacja niszczy włosy

Tak, niszczy. Ale nie bardziej niż rozjaśnianie, baleyage czy farbowanie. Tak szczerze, to co teraz nie niszczy włosów? Nawet niektóre źle dobrane odżywki (co za paradoks) potrafią zniszczyć włosy. Po zabiegu będą trochę przesuszone w dotyku i to wszystko. Na pewno nikt nie zauważy, że są matowe, przesuszone itp. Wystarczy zaopatrzyć się w nawilżająca maskę do włosów i będzie dobrze.

Mit nr 2 – Z czarnych włosów nie da się uzyskać jasnego blondu

Wszystko się da zrobić, trzeba tylko wybrać fryzjera, który zna się na swojej pracy. Kilka lat temu miałam już jedną dekoloryzację. Pamiętam, jak kupiłam farbę – średni brąz, a wyszły mi czarne włosy! Dosłownie czarne, aż z granatowym połyskiem. Z takim kolorem na głowie trafiłam do fryzjera i ... powiedziałam, że chcę jasny blond. Od razu zastrzegł, że to proste nie będzie, żebym się przygotowała na co najmniej 4 godziny na fotelu (miałam długie włosy) i na sytuację, że to może nie być ładny chłodny blond. Fryzjer jednak stanął na wysokości zadania i wyszłam z salonu bardzo zadowolona. Jeżeli zastanawiacie się, dlaczego tym razem nie poszłam do tego salonu to już mówię – robiłam dekoloryzację podczas pokazów organizowanych przez Francka Provosta. A oni organizują takie eventy bardzo rzadko. Dekoloryzacja w salonie w cenie regularnej kosztuje 450 PLN. Trochę za dużo.

Mit nr 3 – Po dekoloryzacji włosy ciemnieją

Może nie tyle ciemnieją, co bardzo szybko łapią pigment. Dlatego zaraz po dekoloryzacji trzeba koloryzować włosy farbą o 2-3 tony jaśniejszą.

Mit nr 4 – Dekoloryzacji lepiej nie przeprowadzać samodzielnie w domu

Ciężko powiedzieć. Jeżeli ktoś ma zdolności fryzjerskie, to można. Ale jest to trudne. Po pierwsze trzeba wiedzieć jakiego preparatu użyć i jak długo go trzymać na włosach. Po drugie, technicznie może być ciężko – nałożyć preparat z tyłu głowy? O ile przy koloryzacji to nic nadzwyczajnego, tak przy dekoloryzacji łatwo nie jest. Poza tym u fryzjera mamy świadomość, że ktoś się tym zajmuje, pilnuje czasu i w ogóle wie, co robi, więc wyjdziemy z ładnym kolorem. Lepiej nie ryzykować.

  Pamiętajcie, że dekoloryzacja to nie jest zwykłe rozjaśnianie, tylko pozbywanie się pigmentu. Po zabiegu włosy przyjmują rudo-żółty kolor i dlatego najłatwiej jest je zafarbować na ciepłe odcienie. Aby mieć chłodny odcień, trzeba się trochę pomęczyć. Jednak doświadczony fryzjer i z tym sobie poradzi.

Jak to wyglądało u mnie?


  Nie chciałam wydawać fortuny na nową fryzurę. W większości salonów dekoloryzacja jest traktowana jako tzw. usługa ekstra i ceny są kosmiczne. Fryzjer to też zawód i za dobrze wykonaną usługę trzeba zapłacić. Ale bez przesady. Trochę mnie bawi, jak w niektórych salonach z pietyzmem podchodzą do włosów. W jednym spotkałam się nawet z opinią, że trzeba zrobić usg włosa przed zabiegiem (koszt 30 PLN, wynik od ręki).  Nawet nie będę tego komentować:) Porównałam więc ceny dekoloryzacji w różnych salonach, poszukałam opinii w sieci i... poszłam na darmowy zabieg do szkoły fryzjerskiej:P Byłam w Akademii Pro-Activ przy ul. Międzynarodowej w Warszawie. Na ich stronie można się zapisać na wizytę i to nie tylko do fryzjera. Oferują np. manicure, pedicure i zabiegi na twarz i ciało. Bardzo często szukają tam modelek i modeli, na których mogą się czegoś nauczyć. Oczywiście pod okiem instruktora. Za zabiegi nie płaci się tam przeważnie nic, ewentualnie tylko za materiały. Ja miałam to szczęście, że załapałam się na zajęcia z dekoloryzacji jako „pomoc naukowa”. Trochę się martwiłam, czy wszystko pójdzie zgodnie z planem, ale obawy szybko minęły. Atmosfera była bardzo miła. Niemniej jednak jest to opcja dla odważnych i cierpliwych osób. Pamiętajcie, że to tylko kandydaci na fryzjerów, a nie fryzjerzy. Ja jednak uważam, że było warto. To naprawdę znaczna oszczędność, a efekty porównywalne do wizyty w profesjonalnym salonie.

Moja ocena wizyty:


Plusy:

- wszystkie zabiegi były darmowe (dekoloryzacja + koloryzacja + ampułka z odżywką + podcięcie grzywki)

- doświadczony fryzjer nadzorował każdy krok kursantki, więc miałam pewność, że nic złego się nie wydarzy;)

- miła atmosfera

Minusy:

- kursantka była niewprawiona, więc wszystko robiła wolno

- musiałam się dostosować z terminem, gdyż kursy mają określony program i wszystko robią w konkretnym czasie. Jeżeli są zajęcia z upinania fryzur wizytowych, to dekoloryzacji nie zrobią

- kolor nie do końca mi się spodobał. Chciałam chłodny odcień, a wyszedł ciepły. Po kilku dniach się jednak przyzwyczaiłam i jest dobrze

Moje włosy przed dekoloryzacją:



I po zabiegu:

 



  Co sądzicie o korzystaniu z darmowych zabiegów? Czy może wolicie zapłacić i mieć świadomość, że zajmuje się wami profesjonalista?


sobota, 21 czerwca 2014

Healthy, cheap and fast


  Często bywa tak, że nie mamy czasu, żeby coś ugotować. O braku chęci nawet nie wspominam. Jeżeli wracamy z pracy do domu dopiero po 18.00, to mało komu chce się  jeszcze gotować. Jest mnóstwo innych spraw, no i przecież trzeba kiedyś odpocząć. Przygotowanie nawet prostego dania wymaga trochę czasu. Najszybciej wtedy zjeść coś na mieście (co trochę kosztuje) albo zastosować kilka trików:) Możemy w domu, na szybko, przyrządzić coś, co będzie nie tylko smaczne, ale też zdrowe. W sytuacjach, kiedy nie mam czasu na mycie i obieranie warzyw czy przygotowywanie wymyślnej marynaty, decyduję się na … kuchnię chińską. A dokładniej – kurczaka z warzywami. Danie pyszne i tanie, a do tego naprawdę szybkie w przygotowaniu.

  
  Kurczak do chyba najbardziej popularne mięso. Filety drobiowe nie są drogie i można je dostać w każdym sklepie. Dodatkowo są zdrowe. Mięso drobiowe zawiera mało tłuszczu, a dużo białka. To dlatego sportowcy je uwielbiają:) Kurczak z warzywami serwowany jest praktycznie w każdej chińskiej restauracji. Cena dania waha się między 12-15 PLN. Teoretycznie to jeden z najtańszych i najzdrowszych fast foodów. Jak nietrudno się domyślić, jeżeli przyrządzimy danie samodzielnie, cena będzie znacznie niższa:) A dodatkowo zajmie to niewiele więcej czasu niż czekanie w knajpie. Przyjrzyjmy się cenom*: 
  * Ceny z dnia 17.06.2014, Lidl.
  
  Wszystkie produkty pochodzą z Lidla. Jak widzicie, za zakupy zapłacimy niecałe 20 PLN.  A przecież nie wykorzystamy od razu całego pudełka ryżu. Często na dwie osoby (płci żeńskiej;)) wystarcza jedna torebka. Z takiej ilości kurczaka przygotujemy danie dla 3 osób. Tak więc porcja dla jednej osoby wyniesie ok. 6,50 PLN. Do dania można dodać jeszcze sos sojowy - wedle uznania. Ja przeważnie dodaję. 

Przepis:


Filety z kurczaka pokrój w średnią kostkę i przypraw (ja dodaję przyprawę do kurczaka, bazylię, ostrą paprykę).  Kurczaka podsmaż na patelni i dodaj warzywa. Całość smaż na średnim ogniu przez ok. 10 min, od czasu do czasu mieszając. Podawaj z ryżem i np. sosem sojowym. Smacznego!


  Nie da się ukryć, że to bardzo proste danie:) Oczywiście zamiast zwykłego ryżu można podać brązowy lub dodać makaron.

  Kurczak z warzywami ma też jedną bardzo ważna zaletę – to zdrowe danie. I mogą je spokojnie jeść osoby na diecie oraz sportowcy. Przyjrzyjmy się składnikom:


Filety z piersi kurczaka – zawierają dużo białka (ok. 22 g na 100 g). Dodatkowo zawierają śladowe ilości tłuszczu i w zasadzie w ogóle nie dostarczają węglowodanów. Produkt idealny dla osób, które chcą wyrzeźbić ciało:)

Mrożone warzywa  – wiadomo, lepsze są świeże. Ale te mrożone również zawierają wiele witamin. W zasadzie są porównywalne do tych prosto z grządki. Ale uwaga – trzeba czytać etykiety na opakowaniach. Im mniej konserwantów, tym zdrowiej. Jeśli w składzie produktu są tylko warzywa mrożone i przyprawy, to jest on (teoretycznie) nieprzetworzony. Mrożenie  pozwala zachować większość składników odżywczych.

Ryż – dostarcza potas i witaminę E. Podobno ryż wspomaga leczenie nadciśnienia tętniczego, chorób nerek oraz cukrzycy. Najzdrowszy jest oczywiście ten brązowy.

  
  Kurczak z warzywami to oczywiście nie jest jedyne danie, które można nabyć w chińskiej restauracji, choć trzeba przyznać, że bardzo popularne. Zaraz po kurczaku słodko-kwaśnym:) Jednak ta kuchnia tylko pozornie wydaje się prosta. Tradycyjne dania dobrze przyrządzi jedynie rodowity Azjata. Zupa tajska z pędami bambusa czy gorzki melon nadziewany wołowiną to już wyższy stopień wtajemniczenia:) Jeżeli wybieracie się do „chińczyka”, najlepiej wybierzcie miejsce, gdzie jest duży ruch. Wtedy mamy pewność, że produkty są świeże.

  
  Kurczak z warzywami nie jest daniem, którym można się popisać na rodzinnej imprezie. To propozycja dla tych, którzy chcą szybko zjeść coś pożywnego i nie wydawać przy tym fortuny. A Wy macie jakieś pomysły na szybki obiad?

niedziela, 15 czerwca 2014

Sale!

  Już tylko niecałe 2 tygodnie dzielą nas od wyprzedaży. Niektóre sklepy nieśmiało zaczynają wprowadzać obniżki, ale prawdziwe szaleństwo zacznie się dopiero pod koniec czerwca. Postanowiłam bliżej przyjrzeć się temu "zjawisku" i podzielić się z Wami przemyśleniami.
  
  Jak już wcześniej wspominałam, nie lubię tłoku w sklepie. Podczas wyprzedaży w centrach handlowych panuje obłęd. Ubrania są często porozrzucane, pobrudzone itp. Nie wiem, co wtedy kieruje niektórymi ludźmi. Faktem jest, że nie jest to czas, gdy można na spokojnie poprzeglądać wieszaki i zastanowić się nad zakupem. Na wyprzedażach trzeba działać szybko. Żeby sprawnie zrobić zakupy, zebrałam w punktach najważniejsze kwestie:

1. Zarezerwuj sobie dużo czasu. Nie oszukujmy się – wyprawa do centrum handlowego nie będzie trwała godzinę. Samo czekanie do przymierzalni może trochę zająć. Nie warto ciągle spoglądać na zegarek i martwić się, że gdzieś będziemy spóźnieni. W końcu zakupy to przyjemność, a nie wyścig.

2. Zrób w szafie rekonesans. Zobacz, jakich ubrań najbardziej Ci brakuje. Zanim wybierzemy się na zakupy, dobrze jest wiedzieć, czego szukamy. 

3. Pilnuj budżetu. Podczas wyprzedaży łatwo „przeholować” z wydatkami. Należy pamiętać, że wiele "promocji" to tylko chwyt marketingowy. Według mnie przecena z 119,99 PLN na 109,99 PLN to praktycznie żadna obniżka. Poza tym można łatwo ulec wrażaniu, że wszystko jest tak tanie, że możemy sobie pozwolić na więcej... a przy kasie będzie niemiłe zaskoczenie. 

4. Nie ograniczaj się tylko do ulubionych sklepów. Wiadomo, że każdy ma swoje ulubione sieciówki. Warto jednak przejść się po sklepach, do których prawie nigdy nie zaglądamy. Dlaczego? Chociażby po to, żeby wiedzieć, czemu tam nie kupujemy;)

5. Ubierz się wygodnie. Chodzenie po sklepach jest męczące, dlatego najlepiej zrezygnować ze szpilek. Wygodne buty to podstawa. Dodatkowo lepiej też założyć ubrania, które łatwo ściągnąć;) W końcu będziemy dużo przymierzać, więc po co tracić czas na misterne dopinanie guzików w koszuli.

6. Zabierz doradcę. Najlepiej kogoś cierpliwego. To duża wygoda. Taki doradca nie tylko pomoże wybrać odpowiednią rzecz, ale też wymieni rozmiar, kolor itp., kiedy my będziemy w przymierzalni.

7. Nic na siłę. Nie kupuj rzeczy, do których nie jesteś przekonana. Ewentualnie pamiętaj, że rzeczy przecenione również można zwrócić. Wyprzedaże to czas, kiedy można poszaleć z modą i kupić coś, na co nie zwróciłybyśmy uwagi w regularnej cenie. Jednak jak już decydujemy się na zakup, to po to, żeby ciuch nosić. 
8. Wizualizuj. Zanim kupisz jakiś ciuch, zastanów się, z czym będziesz go nosić. Top za 70 PLN, który pasuje do większości spódnic i spodni będzie lepszym wyborem, niż koszulka za 40 PLN, którą założymy tylko do dżinsów. Wizualizacja to fajna sprawa, zwłaszcza gdy mamy ograniczony budżet.   

  
  Powyższe rady to według mnie "wyjście awaryjne" dla osób, które nie miały wcześniej czasu przygotować się do wyprzedaży. Ja wolę robić zakupy sprawnie i unikać niepotrzebnego stania w kolejkach, przeglądania wieszaków itp. Dużą wygodą jest to, że moje ulubione sieciówki prowadzą sprzedaż on line. Na to też oczywiście trzeba uważać, bo można się rozczarować po otworzeniu przesyłki. Rzeczy na zdjęciach wyglądają niekiedy zupełnie inaczej. Kłopotem może być też rozmiar, chociaż ja nie mam raczej z tym problemu. Zanim nadejdą wyprzedaże, staram się wybrać ubrania, które mnie interesują i zrobić rundkę po sklepach. Oglądam i przymierzam, a gdy nadejdą obniżki ... kupuję on line:) To bardzo wygodna opcja. Minusem może tu być fakt, że podczas wyprzedaży na paczkę czeka się dłużej niż normalnie. Nie jest to rozwiązanie dla tych, którzy potrzebują czegoś na już. Dodatkowo dzięki sklepom on line możemy kupować taniej. Jak to możliwe? Wyprzedaże zawsze mają ten sam schemat. Najpierw mała obniżka, a co tydzień kolejne spadki cen. Jeżeli możemy pozwolić sobie na zamrożenie gotówki, warto wykonać pewien myk: kupmy rzeczy, które nam się podobają i czekajmy dalej. Jak ceny spadną bardziej, można daną rzecz zamówić ponownie, a tę droższą zwrócić. Oczywiście rzecz nie może być używana. Plusem takiego rozwiązania jest to, że nawet jak nasz rozmiar będzie wykupiony no to trudno, zapłaciliśmy drożej, ale mamy upatrzony ciuch.  Ja bardzo często korzystam z takiego rozwiązania. Nie tak dawno w ten sposób kupiłam w Pull&Bear kurtkę, koszulę i koszulkę. Ostatecznie zapłaciłam bardzo niską kwotę. W sklepach stacjonarnych takie rozwiązanie by nie przeszło z kilku powodów. Po pierwsze, kto ma czas na chodzenie co tydzień do sklepów? Po drugie, w stacjonarnych bardzo szybko asortyment topnieje. Dodatkowo w sklepach on line można kupować całodobowo. A obniżki pojawiają się już po godzinie 00.00:)

  Poniższa kurtka kosztowała początkowo 249,90 PLN. W trakcie I tury wyprzedaży cena spadła do 139,90 PLN - niby dużo, ale i tak czekałam dalej. Kliknęłam ją dopiero, gdy kosztowała 99,99 PLN i... asekuracyjnie nie zdjęłam metek. Ostatecznie zapłaciłam 59,90 PLN! 


  Koszulkę z logo Supermana chciałam od dawna. Jej początkowa cena wynosiła 79,70 PLN. Trochę dużo jak na taki ciuch. Kupiłam ją za 49,90 PLN i w zasadzie myślałam, że to koniec "walki". Koszulka została wykupiona on line i w stacjonarnym sklepie też jej nie znalazłam. Ale ponieważ nie miałam okazji jej założyć, leżała w szafie jeszcze z metką. Po tygodniu w sklepie była tzw. dorzutka, czyli uzupełnienie rozmiarówki. Koszulka pojawiła się ponownie, z nową ceną 39,90 PLN. Opłacało się nie odrywać metki. 


  Kuszula to w zasadzie przypadkowy łup:) Podobała mi się na stronie, ale nie zdążyłam jej upolować. Początkowo kosztowała 79,90 PLN, a podczas pierwszej tury wyprzedaży 59,90 PLN. Niestety ludzie i tak ją szybko wykupili. Kupiłam ją podczas dorzutki za 49,90 PLN. Myślałam, że to już cena ostateczna, ale jakiś czas później byłam w sklepie stacjonarnym. Ta sama koszula kosztowała 39,90 PLN. Teoretycznie tylko 10 PLN różnicy. Ale po co przepłacać? Kupiłam ją taniej, a tę droższa zwróciłam:) 

  
 Jak widzicie, polowanie na korzystne ceny zajmuje trochę czasu. Myślę jednak, że warto. Dzięki temu można kupić więcej rzeczy za mniej. A chyba sami przyznacie, że większość ubrań nie jest warta swojej początkowej ceny.
 A Wy macie już upatrzone rzeczy, które chcecie kupić na wyprzedażach?

niedziela, 8 czerwca 2014

Reclamation - how to do that?

  Znacie to uczucie, kiedy ulubione buty się niszczą? Ok, wiadomo, że to naturalna kolej rzeczy. Jeżeli wytrwale służyły przez 4 sezony, to wszystko jest w porządku, ale co zrobić, gdy usterka pojawia się nagle i to w krótkim czasie od zakupu? Należy złożyć reklamację:) Na większość ubrań i butów przyznawana jest 2-letnia gwarancja. Znaczy to, że w tym czasie rzeczy nie powinny się zniszczyć od zwykłego użytkowania. Jeżeli coś się z nimi stanie, to producent jest zobowiązany szkodę naprawić. Co innego, gdy jest to usterka mechaniczna. Wtedy mamy marne szanse, że producent taką reklamację uzna.

Jak złożyć reklamację


  W sklepie podczas składania reklamacji należy przedstawić dowód zakupu. Najlepiej zachować paragon i przechowywać go przez 2 lata. W niektórych sklepach obuwniczych obowiązkowo trzeba też mieć oryginalne pudełko. Do niedawna tak było np. w Deichmannie (dawno tam nie kupowałam, więc nie wiem, jak jest teraz). Jeżeli nie mamy paragonu, to jeszcze nic straconego. Dowodem zakupu może być też wydruk z konta, jeżeli płaciliśmy kartą. Problem może pojawić się, gdy nie mamy żadnego dowodu, że towar kupiliśmy. W takich sytuacjach wiele zależy od kierownika sklepu. W Pull&Bear i Bershce nie jest to dużym problemem - często przyjmują reklamacje i bez dowodu zakupu. W innych sieciówkach bywa różnie. Dlatego lepiej schować paragon do pudełka i trzymać:) 


Jak to wygląda


  Każdy sklep rządzi się swoimi prawami. W jednym reklamacje uznają od ręki, w innym trzeba spisać protokół. W tym drugim przypadku producent lub sklep ma obowiązek wydać decyzję w ciągu 14 dni, licząc od dnia następnego od momentu złożenia reklamacji. Jeżeli po 2 tygodniach nie dostaniemy odpowiedzi, reklamacja zostanie automatycznie uznana.
  
  Jeżeli reklamacja zostanie uznana, to sklep ma do wyboru kilka opcji: naprawić usterkę, wymienić towar na nowy lub zwrócić gotówkę. Czasami zamiast pieniędzy możemy otrzymać kartę podarunkową. W zimie reklamowałam w Pull&Bear buty, w których rozkleiła się podeszwa. Często słyszę historie, że reklamacje butów bardzo rzadko rozpatrywane są na korzyść klienta. Coś w tym może jest - to taki produkt, który dość szybko może się zniszczyć. Czasem wystarczy się potknąć i już materiał jest uszkodzony. Producentom zwyczajnie nie opłaca się uznawać takich reklamacji, najłatwiej odesłać informację, że zniszczyły się przez niewłaściwe użytkowanie. Z butami z Pulla postanowiłam jednak zaryzykować, zwłaszcza że miałam je na nogach dosłownie kilka razy. Kierownik sklepu rozpatrzył reklamację od ręki i dostałam kartę. 
  
  Nie wiem, czemu wiele osób wstydzi się coś zareklamować, szczególnie jak rzecz była tania. Co z tego, że bluzka kosztowała 20 PLN? I tak nie powinna rozciągnąć się w praniu, gdy postępujemy zgodnie z instrukcją na metce. Uważam, że reklamować trzeba wszystko, co przedwcześnie się zniszczyło. W końcu za coś zapłaciłam;) Pracownikom sklepu naprawdę jest wszystko jedno, co się reklamuje i dlaczego. Dziś podzielę się z Wami historią pewnych tenisówek. Buty kupiłam, a w zasadzie dostałam, rok temu. Miały śliczny neonowy odcień różu - aż raziły w oczy:) Niestety jak to bywa z takimi butami szybko się brudzą. Wystarczy kilka razy przejechać się metrem w godzinach szczytu... Gdy założyłam je pierwszy raz, szybko pojawiła się na nich mała czarna plamka. Postanowiłam zetrzeć ją wilgotną chusteczką - zeszła ... razem z kolorem! Stwierdziłam jednak, że nie ma co robić afery bo to w końcu buty za 29 PLN, a wytarte miejsce nie rzuca się w oczy. Nie tak dawno założyłam trampki na spacer. Niestety niespodziawanie zaczął padać deszcz, w wyniku czego buty doszczętnie przemokły. Po wyschnięciu wyglądały tak:


  Kolor nierównomiernie zszedł. Po neonowym różu w zasadzie nie było już śladu. Mimo że to nie były drogie buty, złożyłam reklamację. W końcu po jednym zamoczeniu nie powinny tak wyglądać. Po 14 dniach przyszła odpowiedź, że reklamacja została uznana i zwrócili mi pieniądze. Kupiłam za to kolejne trampki. W końcu bilans musi się zgadzać:)

  Kobieta składająca reklamacje w sklepie to częsty widok. Gorzej z panami. Oni wolą wyrzucić zniszczoną rzecz i kupić nową:) Buty ze zdjęcia pochodzą z Pull&Bear.

  Były eksploatowane do granic możliwości. Po roku okazało się, że podeszwa jest dziurawa niczym ser szwajcarski, a materiał się przetarł.



  Nie wyglądały ciekawie, a nie minęły jeszcze ustawowe 2 lata. Ponieważ zostały kupione przez internet, podczas reklamacji wszystko poszło gładko. Pieniądze zwrócili od ręki. 

  Myślę, że warto reklamować rzeczy. Nic na tym nie tracimy, a można wiele zyskać. Buty z sieciówek rzadko wytrzymują ustawowe 2 lata. Dzięki temu praktycznie co roku można je reklamować. Plus jest taki, że za odzyskane pieniądze można kupić nową rzecz. A to duża oszczędność. Kilka lat temu, gdy pracowałam w sieciówce, miałam dość zabawną sytuację. Przyszła kobieta, która chciała zareklamować buty. Teoretycznie normalna sprawa. Dziwny był jednak powód - stwierdziła, że "buty śmierdzą tak bardzo, że ciężko wytrzymać". Kierownik sklepu był zaskoczony, ale reklamację uznał;) 

  A Wy macie sprawdzone sklepy, w których nie robią problemów z reklamacjami?