czwartek, 29 maja 2014

On the other hand the secondhand

  Secondhandy wzbudzają skrajne emocje. Jedni je uwielbiają i twierdzą, że można tam upolować prawdziwe perełki za grosze. Drudzy wręcz przeciwnie - omijają szerokim łukiem, bo nie wiadomo, kto te ciuchy nosił, a poza tym to taki "ostatni sort". Według mnie prawda leży gdzieś po środku:) Trzeba mieć naturę "łowcy", aby odnaleźć się w gąszczu ubrań. Nie raz widziałam, jak w dniu dostawy przed lumpeksem ustawiała się kolejka zupełnie jak za czasów komuny. Przez długi czas nie byłam przekonana do takich miejsc. Nie lubię tłoku w sklepach i jakoś odpychała mnie myśl, że te ciuchy nosiło już 5 różnych osób. Postanowiłam jednak tam wejść, aby przekonać się, co tak przyciąga ludzi. Najlepszy moment to oczywiście dzień dostawy (w każdym secondhandzie jest inny), bo asortyment nie jest jeszcze przebrany i można znaleźć coś fajnego. Pierwsze wrażenie nie było zachęcające. Osoby (w różnym wieku) jak w jakimś transie przerzucały sterty ubrań. Tak więc moja pierwsza wyprawa skończyła się na obejrzeniu kilku bluzek. Później było już trochę lepiej;) Wiele zależy od samego sklepu. Bo SH dzielą się na te lepsze i gorsze. 

Jak wybrać właściwy lumpeks?

 

  W dobrym SH personel dba o asortyment. Rzeczy są posegregowane na spodnie, spódniczki, bluzki, sukienki itp. Oczywiście oddzielnie znajduje się dział męski i damski (a czasem nawet dziecięcy). Ubrania ładnie wiszą na wieszakach, a drobne części garderoby leżą w koszach. Moja rada: zwracajcie uwagę na przymierzalnie. Najlepiej jak lustro jest w każdej kabinie. Nie tak dawno spotkałam się z takim miejscem, gdzie było tylko ogólnodostępne lustro. Wtedy trzeba ubranie założyć i wyjść się przejrzeć. Niezbyt wygodne rozwiązanie. Zwłaszcza, jak stoi 5 kilometrowa kolejka i ludzie z niechęcią patrzą, jak się 10 razy przeglądasz z każdej strony:P Dodatkowo powinna w sklepie znajdować się waga kontrolna. Wtedy sami wiemy, ile mniej więcej ważą nasze zakupy.

Jak szukać?

 

  Sieciówki mają tę przewagę, że można spokojnie pochodzić, pooglądać, a jak nie ma rozmiaru, to znajdzie się w magazynie lub innym sklepie. W lumpeksach tak nie ma. Dlatego, zanim wybierzemy się na zakupy, warto się zastanowić, czego szukamy: spodni, bluzki czy sweterka? To ważne, bo inaczej możemy przeglądać wieszaki przez cały dzień;) W lumpeksach jest tak wiele ciuchów, że ciężko zobaczyć je wszystkie. Jeżeli mamy zarys, co chcemy kupić, będzie łatwiej. Warto też pomyśleć nad kolorem tej rzeczy. W dniu dostawy w lumpeksach jest tłum wygłodniałych zakupoholików. Z pewnością (dosłownie) rzucą się na wszystko, co jest w sklepie. Będziemy mieć przewagę, jeżeli wiemy, po co tu przyszliśmy. W praktyce wygląda to tak: zawsze chwytajmy rzecz, która zwróciła naszą uwagę, np. przyszliśmy po żółtą spódnicę - łapmy każdą rzecz w tym odcieniu z odpowiedniego sektora. Ta strategia naprawdę działa:) Problemem w zakupach może okazać się rozmiar. Po pierwsze większość ubrań nie ma metek, więc trzeba je wybrać "na oko" i mierzyć. Zawsze jednak można taki ciuch przeszyć w domu lub oddać krawcowej. I tak wyjdzie taniej niż zakupy w sieciówce. Nie jestem jakąś ekspertką w wyszukiwaniu perełek z SH, ale zauważyłam, że moja taktyka się sprawdza.

Ceny

 

  Ceny w tego typu miejscach zależą od lokalizacji (w Warszawie zawsze jest drożej niż np. w Płońsku) i jakości oferowanych ubrań. W lepszych SH jest to ok 50 PLN za kilogram. Czasem nawet 65 PLN! Niektóre lumpeksy mają stałą cenę na lepsze rzeczy. Sama widziałam, jak na płaszczyku widniał napis 70 PLN. Z drugiej strony, gdzie znajdziemy płaszcz za taką cenę?:)

Kogo możemy tam spotkać?

 

  Dawniej istniało przekonanie, że w lumpeksach kupują ludzie, którzy nie mogą się poszczycić zasobnym portfelem, np biedni studenci. Teraz w SH można spotkać osoby z każdej grupy społecznej. Są tzw. "babcie emerytki", studenci i osoby, które bardzo dobrze zarabiają. Lumpeks nie jest już dla "biedaków". Osoby, które lubią bawić się modą, chodzą do SH w poszukiwaniu inspiracji i ciekawych ubrań. Dzięki temu mogą komponować oryginalne sety. Dodatkowo takie ubrania można bez obaw przerabiać. Raczej szkoda pociąć top z Zary za 150 PLN, ale przy podobnej rzeczy z SH za 15 PLN już nie mamy oporów;) Faktem jest, że w lumpeksie trzeba umieć szukać. Nawet nie tylko umieć, ale i to lubić. Wychodzę z założenia, że o ile tego pierwszego można się nauczyć, tak z tym drugim trzeba się urodzić.

  Jak wiecie, w tym roku w sieciówkach królują kwieciste wzory. Kilka dni temu w jednym z SH znalazłam bardzo fajną sukienkę, która idealnie wpisuje się w ten trend. 

Niestety nie wiem, jaka to firma, ani nawet rozmiar, bo ciuch nie posiada żadnej metki. Co nie jest dla mnie problemem:) Materiał to chyba poliester. Mam jedną bluzkę, która w dotyku jest identyczna i na tej zasadzie tak stwierdzam. Minusem była w niej lekko przybrudzona podszewka, ale na szczęście się odprała. Według mnie sukienka jest idealna - mogę ją założyć do obcasów i do płaskich sandałków. Ponieważ nie jest ciężka, kosztowała tylko 22,63 PLN! Tak tanio nie kupiłabym jej na żadnej wyprzedaży! W ogóle nie wiem, jak ktoś mógł się jej pozbyć?!

Dla porównania możecie zobaczyć podobne modele dostępne w sieciówkach. Sukienki są śliczne i być może się na którąś skuszę.. podczas wyprzedaży:) 

Mango, 139 PLN
Mango
 Pull&Bear, 139,90 PLN
http://www.pullandbear.com/webapp/wcs/stores/servlet/ProductPage?catalogId=20109402&langId=-22&storeId=25009524&categoryId=29016&productId=3659541
Pull&Bear



Bershka, 159 PLN

Bershka
Top Shop, 190 PLN

http://www.topshop.com/en/tsuk/product/clothing-427/dresses-442/floral-contrast-dress-by-love-2869649?bi=601&ps=200
Top Shop

  Jak widać, wcale nie trzeba mieć grubego portfela, aby się modnie ubrać. Wystarczy poświęcić trochę czasu na poszukiwania. Nie ukrywam, że na wizytę w SH trzeba mieć czas i cierpliwość. Dodatkowo czasem to się opłaca, a czasem niestety wrócimy do domu z pustymi rękami. Sama nie chodzę często do lumpeksów, głównie z powodu braku czasu. Ponadto denerwuje mnie tłok i większość ludzi, którzy tam przyszli. Czasami jednak warto się "przemęczyć" i wygrzebać coś fajnego;) Można sporo zaoszczędzić.

A Wy chodzicie do SH? Możecie się pochwalić jakimś łupem?

Prezentowane zdjęcia pochodzą ze stron sklepów internetowych. Sukienki są obecnie dostępne w sprzedaży.

sobota, 24 maja 2014

Skirt? Shorts? You don't need to choose!

  Spódnicospodnie to żadna nowość. Polskie elegantki nosiły je już w latach 90. Stworzenie modnego ubioru w tamtym czasach wymagało wiele kreatywności, a efekty bywały różne:) Na szczęście dziś jest duży wybór materiałów, krojów i kolorów. Spódnicospodnie już w poprzednim sezonie nieśmiało pojawiły się w sieciówkach. W tym będzie to na pewno częsty widok na polskich ulicach. Ten ciuch ma wiele zalet. Po pierwsze - dzięki temu, że jest połączeniem spódnicy i spodni, można go nosić na wiele sposobów. Przykładowo: w wersji sportowej z trampkami lub eleganckiej ze szpilkami bądź koturnami. Po drugie łączy w sobie to, co najlepsze z obu modeli. Spódnicospodnie mogą być bardzo krótkie, a ich właścicielka nie będzie odczuwała dyskomfortu. Jak wiadomo, w minispódnicy porywisty wiatr może być bardzo zdradliwy. Nie mówiąc już o sytuacjach, gdy chcemy się po coś schylić i nie pokazywać przy tym bielizny;) Szorty, nawet bardzo krótkie, nie krępują ruchów. Dodatkowo mi osobiście podoba się takie połączenie. To zawsze jakaś odmiana od wszechobecnych na ulicach dżinsowych szortów i spódnic typu skater. Poszukiwania idealnych spódnicospodni, które są dopasowane do typu figury, nie były jednak proste. Na pewno nie jest to ciuch dla każdego. Trzeba dobrze przemyśleć zakup i nie decydować się na pierwsze lepsze znalezione w sieciówce. W źle dobranych spódnicospodniach można wyglądać jak w fartuchu kuchennym. A tego chyba chcemy uniknąć:)
  Poszukiwania zaczęłam od wizyty w Pull&Bear. Były tam śliczne jaskrawożółte spódnicospodnie. Kolor, mimo że trochę rażący, podoba mi się. Spodenki mają suwak z tyłu (za co duży plus, ponieważ nie jestem przekonana do rzeczy z gumą w pasie). Niestety mają też jeden minus - z tyłu bardzo prześwitują. O ile z przodu materiał jest na zakładkę, tak z tyłu zostaje tylko cienka warstwa poliestru. Osobiście raczej bym ich nie założyła na zakupy czy do kina. Myślę, że sprawdziłyby się świetnie na plaży i w jej okolicach. Dodatkowo są dość krótkie. Jeszcze 4-5 lat temu patrzyłam na minispódniczki oraz szorty i myślałam: "trzeba je chyba skrócić o połowę, żeby na prawdę były mini". Teraz przymierzam i myślę: "ale krótkie";) Z wiekiem wiele się zmienia;) Cena za te spódnicospodnie wynosi 79,90 PLN.
 
  
 Następny sklep, który odwiedziłam, to Stradivarius. To istny raj dla miłośniczek tego typu ubrań. Mają nie tylko więcej niż jeden model spódnicospodni, ale też jest kilka kolorów do wyboru. Jako pierwsze przymierzyłam czarne spodenki. Nie jestem przekonana do czarnych ciuchów na lato, ale są wyjątki.  
 
Spódnicospodnie mają z tyłu suwak, a po bokach głębokie kieszenie. Są dostępne w 4 kolorach: czarnym, żółtym, niebieskim i różowym. Cena - 79,90 PLN. Przymierzyłam jeszcze różowe. Ale bardziej jestem przekonana do czarnych. Te mają bardzo ładny kolor, ale są mało uniwersalne. Nie pasowałyby do większości koszulek z mojej szafy.
W zasadzie identyczny model w kolorze czarnym i białym można znaleźć w Mango. Cena jest tam jednak już trochę wyższa - 119,90 PLN. Według mnie nie warto przepłacać, zwłaszcza że jakość jest zbliżona.
W tym samym sklepie przymierzyłam jeszcze dwa inne modele. Jeden to zwiewne czarno-białe szorty. Dzięki wszytemu paskowi można wyregulować rozmiar. Szeroka nogawka dość sprytnie imituje efekt spódnicy:) Z wieszaka wzięłam je niechętnie, ponieważ wydawały mi się typowymi spodenkami na plażę. Jednak w przymierzali bardzo mi się spodobały. To kolejny dowód na to, że trzeba wszystko mierzyć:) Mają trochę orientalny wzór, są wykonane z miłego w dotyku i niezbyt cienkiego poliestru. Cena - 79,90 PLN. Zakup do rozważenia. Dostępne są jeszcze w kolorze czarnym i czarno-żółtym. Według mnie kolor ze zdjęcia jest najlepszy.
  Ostatnią rzeczą, jaką przymierzyłam w Stradivariusie, były białe spódnicospodnie. Nie tak dawno słyszałam opinię, że taki krój wygląda jak fartuch kelnerki:) Może coś w tym jest. Czasami w restauracjach kelnerzy przewiązują się czymś takim w pasie. Mi osobiście taki model się podoba. Cena wynosi 99,90 PLN. To najdroższe spódnicospodnie, jakie w tym dniu przymierzyłam. Szorty zapinane są na sprzączkę. Niestety w sklepie nie było mojego rozmiaru. Tzn. teoretycznie był, ale spodenki okazały się za duże. Nie wiem, czy też tak macie w Stradivariusie, ale ja dość często mam tam problem z dopasowaniem rozmiaru. O ile z bluzkami nie ma problemu, tak ze spodniami i spódniczkami zawsze. Czasami ledwo można się zapiąć w swoim rozmiarze, a innym razem najmniejszy - okazuje się zbyt luźny w pasie. Te spodenki na potrzeby zdjęcia musiałam spiąć z tyłu. 
  Na stronie internetowej Zary znalazłam ciekawy model. Niestety w sklepie stacjonarnym go nie było. Rzuciła mi się w oczy za to miniwyprzedaż. Z ciekawości przymierzyłam poliestrowe szorty, choć po ich wyglądzie wiedziałam, czego się spodziewać. Ciężko stwierdzić, dla kogo byłyby dobre. Może do chodzenia po plaży zamiast pareo? Wstawki z boku miały chyba sprawić, że będą bardziej eleganckie. Mnie nie przekonują. Plusem jest tu na pewno cena - 49 PLN. Jak na Zarę to nie dużo. Chociaż jak za taki kawałek poliestru to i tak drogo;) Czasami zastanawiam się, czym kierują się projektanci... :)
  Ostatni sklep, który odwiedziłam, to Mohito. Przymierzyłam dwa modele spódnicospodni. W czarnych podoba mi się krój. Szorty są krótkie, a z przodu mają ciekawą zakładkę z suwakiem. Cena wynosi 119,99 PLN. Podobne, w niższej cenie, są w Stradivariusie. Tym jednak nie mówię kategorycznie "nie". W Mohito dość  często są promocje. Może się na jakąś załapię.
  Przymierzalnie w Mohito są bardzo małe i trudno o dobre ujęcie:) Dodatkowo możecie ocenić czystość luster;) Aparat jest bezlitosny dla smug i plam na nich. Druga rzecz do złudzenia przypomina z przodu spódniczkę. Ma ładny kolor, ale ja nie jestem przekonana do tego fasonu. Nie czuję się dobrze w takich rozkloszowanych spódniczkach, nawet jeśli są szortami:) Ich cena to 89,90 PLN. Z lewej strony znajduje sie klips, dlatego tak się układa. Bez niego leżałaby lepiej.
Które spódnicospodnie Wam podobają się najbardziej? Ja chyba skuszę się na te białe ze Stradivariusa. Zamówię tylko rozmiar mniejsze. A jak nie będą dobrze leżały, to przecież pozostaje 30 dni na zwrot.

wtorek, 20 maja 2014

Looking for a job - part 3

  Pisałam już na blogu o umowie o dzieło. Tym razem chcę poruszyć wszystkie aspekty umowy zlecenia. Jest to dość często oferowana forma współpracy (szczególnie studentom). Osobom, które skończyły 26 lat "zlecenie" zapewnia jedno - składki. I ten właśnie fakt czyni ją lepszym rozwiązaniem od znienawidzonej przez większość umowy o dzieło. Zlecenie jest nazywane "lepszą śmieciówką".
  Osoba, która pracuje na takiej umowie, musi swoje obowiązki wykonywać najlepiej, jak potrafi. O ile w "dziele" jesteśmy rozliczani za efekt, tak na zleceniu ważne jest samo "staranie się". Nigdy mnie ta definicja nie przekonywała, no bo w końcu każdą pracę powinno się wykonywać, jak należy. Niemniej jednak umowa zlecenie opiera się właśnie na "starannym działaniu". To oczywiście tylko teoria. W rzeczywistości zlecenie bardzo często nosi znamiona umowy o pracę, a przedsiębiorcy oferują je z chęci oszczędzania. Faktem jest też, że większość prac może być wykonana zarówno na zlecenie, jak i umowę o pracę. W tym przypadku decydują szczegóły. Przy takiej umowie nie ma jednak, w odróżnieniu od umowy o pracę, maksymalnej ilości godzin, które możemy przepracować. Na zleceniu można równie dobrze przychodzić na 4h dziennie, jak i na 12. Chyba najlepiej wiedzą o tym ci, którzy pracowali kiedyś w sklepie z ciuchami lub restauracji;) Oczywiście plusem jest to, że każda godzina jest płatna. Niestety w momencie, gdy wypada dzień wolny, nikt nam już za niego nie zapłaci. Tylko "zleceniowcy" nie cieszą się więc z dat takich jak 2.05 czy 11.11:)
  Czasami pracodawca oferuje płatny urlop, ale to rzadkość. Umowa zlecenia nie może być relacją pracodawca-pracownik. Przy takiej umowie powinny być jasno wyznaczone zajęcia, przy czym to zleceniobiorca sam organizuje sobie pracę. Zleceniodawca po zakończeniu współpracy nie ma obowiązku wystawiania świadectwa pracy, ani żadnego innego dokumentu. Nie jest to chyba jakąś dużą stratą:) Jak odróżnić umowę o pracę od zlecenia? Przykładowo:

  Sekretarka wykonuje zadania zlecane przez dyrektora na bieżąco, np. ten informuje ją, żeby zadzwoniła do firmy X, zrobiła raport za poprzedni miesiąc itp. Dodatkowo jest obecna na spotkaniach biznesowych, które często przeciągają się poza godziny jej pracy. W takiej sytuacji można powiedzieć, że sekretarka musi się podporządkować pracodawcy - jest to zatem umowa o pracę.  


  Sekretarka pracuje przez 8 godzin dziennie. W tym czasie zbiera zamówienia od klientów, wysyła portfolio do interesantów - innymi słowy robi wyłącznie to, co ma zapisane w umowie. Dyrektor nie dodaje jej innych obowiązków, a ona sama organizuje sobie pracę tak, aby wyrobiła się ze wszystkimi zadaniami w określonych godzinach. Ze względu na brak organizacyjnego podporządkowania praca sekretarki może być wykonywana na zlecenie.


  Jak widać, praca na tym samym stanowisku z podobnym zakresem obowiązków może być wykonywana na dwie różne umowy. W praktyce się to raczej nie sprawdza. Pracodawcy coraz częściej wymagają zaangażowania i dyspozycyjności jak przy umowie o pracę, a oferują śmieciówki. Na szczęście zdarzają się wyjątki.

  Jak wspomniałam na początku, przy tym typie umowy zleceniodawca jest zobligowany, aby płacić składki. Nie jest to konieczne, gdy pracownik jest uczniem lub studentem do 26 roku życia (stąd wiele ofert pracy ma dopisek "mile widziani studenci"). Osoba, która wykonuje umowę na zlecenie i jest to dla niej jedyny tytuł do ubezpieczeń, obowiązkowo podlega ubezpieczeniom: rentowym, emerytalnym, wypadkowym (jeżeli zlecenie wykonywane jest w siedzibie firmy) i zdrowotnym. Dobrowolnie może mieć również odprowadzane składki na ubezpieczenie chorobowe. Jest to o tyle dobre, że np. w przypadku choroby ZUS będzie wypłacał pieniądze za tzw. L-4. Ma to też swoją druga stronę. W momencie, gdy osoba pracująca na zlecenie ma opłacaną taką składkę, jest zobowiązana do przyniesienia pracodawcy zwolnienia. Pamiętam, jak dawno temu pracowałam w jednej z sieciówek na tę właśnie umowę. Ponieważ było upalne lato, mało kto z chęcią przychodził do pracy, zresztą nie ukrywajmy - szukanie klientom rozmiaru marynarki czy składanie bluzek nie jest zajęciem marzeń;) Dlatego też w tym okresie był po prostu wysyp "nagłych wypadków". Często ktoś dzwonił do kierownika i mówił, że tego dnia nie przyjdzie z powodu choroby. Kierownik tylko raz zapytał się kogoś o zwolnienie od lekarza, na co usłyszał "przyniosę, ale rozumiem, że mi oddasz pieniądze za te dni?". Potem już nie wymagał żadnych zwolnień;) Takie zachowanie w poważnej pracy oczywiście nie jest mile widziane i lepiej tak nie robić. Ale jako że to była praca typowo studencka i ze studenckim podejściem, nie było problemu. Chcę Wam tylko na tym przykładzie pokazać, że zlecenie daje dużą swobodę działania. Należy jednak pamiętać, że gdy nie przychodzimy do pracy, to nie zarabiamy. 
  Na umowę zlecenia możemy pracować w kilku miejscach jednocześnie. W takim przypadku składki są opłacane wyłącznie z tytułu jednej, wybranej umowy. Zlecenie ma też inne minusy poza bezpłatnymi urlopami. Taka umowa nie liczy się do stażu pracy, jeżeli chodzi o urlopy, okres wypowiedzenia czy wysokość odpraw. Plusem jest, że jeżeli płacone były składki na ubezpieczenie społeczne, to umowa zostanie uwzględniona do wysokości emerytury. Poza tym zleceniem można sobie trochę dorobić - istnieje możliwość podpisania takiej umowy z pracodawcą, z którym jesteśmy związani umową o pracę.
  Umowa zlecenia nie jest może najlepszym rozwiązaniem, ale na pewno też nie najgorszym. Osoby, które nie mają na utrzymaniu rodziny i nie mają kredytu do spłacenia, mogą sobie pozwolić na to, aby praca na taką umowę była głównym źródłem ich dochodu. Zlecenie jest dobre dla tych, którzy rozpoczynają karierę zawodową lub zmieniają pracę i są na tzw. okresie próbnym. Dlaczego? Głównie dlatego, że na początku sami nie wiemy, czy ta praca będzie nam odpowiadała. A przy zleceniu bardzo łatwo zakończyć współpracę. Jak już wspomniałam, nie stwarza ona między stronami trwałej więzi, ani obowiązku podporządkowania się zleceniodawcy. Może być podpisana na czas określony bądź bezterminowo. Przepisy nie określają czasu wypowiedzenia, więc każda ze stron może zakończyć współpracę w dowolnej chwili. Pracownik jest jednak chroniony przez prawo: jeżeli zleceniodawca bez ważnego powodu wypowie umowę (przy zleceniu nie można mówić o "zwolnieniu kogoś z pracy"), a zleceniobiorca część pracy już wykonał, to musi mu  zapłacić za wykonaną pracę. Przykładowo, jeżeli pracujemy w sklepie i mamy podpisana umowę na miesiąc, a po 2 tygodniach zrezygnujemy, to pracodawca ma obowiązek zapłacić za przepracowane dni. A zrezygnować możemy z dnia na dzień bez podania konkretnej przyczyny. Niestety działa to też w drugą stronę:)
  Mieliście styczność z taką umową? Jeżeli tak, to jak Wam się pracowało? Ja osobiście nie chciałabym już do tego wracać, chyba że byłoby to dodatkowe zlecenie.

poniedziałek, 12 maja 2014

Perfect haircut for free?

  Fryzury wiele mówią o ich włacicielach. Ładne, zdrowe i zadbane włosy są chyba najlepszą ozdobą kobiety (zaraz po uśmiechu). Aby były w dobrej kondycji, co jakiś czas trzeba się udać do fryzjera. Ponadto trochę przyjemności w końcu jeszcze nikomu nie zaszkodziło, a nie ukrywajmy - wizyta w salonie to chwila relaksu. Co więcej - nic nie dodaje tyle pewności siebie co nowa, fajna fryzura. Niestety fryzjerzy dość wysoko wyceniają swoje usługi. W "najgorszej" sytuacji są właścicielki długich włosów. Większość salonów ma cennik oddzielny dla krótkich, średnich i długich włosów. Posiadaczki tych ostatnich za podstawową usługę, jak strzyżenie i koloryzacja, w warszawskich salonach zapłacą ok. 300 PLN. Jeżeli dodatkowo wybiorą usługę bardziej zaawansowaną, np. balejaż, ombre hair czy koloryzacja splash light, to cena będzie znacznie wyższa. Na szczęście w stolicy jest kilka miejsc, gdzie fajną fryzurę możemy mieć za darmo lub półdarmo. I wcale nie trzeba zostać "królikiem doświadczalnym" kursantów szkół fryzjerskich.
  Na uwagę zasługuje fryzjerska sieciówka - Jean Louis David. Ich salony rozsiane są po całej Polsce. Plusem jest to, że na wizytę nie trzeba się umawiać. Można (a nawet trzeba, bo w salonie nie prowadzą zapisów) wejść z ulicy, a ktoś od razu zajmie się fryzurą. Sieciówka jest dobra szczególnie dla posiadaczek długich włosów. W JLD obowiązuje jeden cennik dla każdej długości. A jak wiadomo, u większości fryzjerów, szczególnie przy farbowaniu, długowłose kobiety płacą więcej. Po prostu na taką czuprynę trzeba zużyć więcej farby. W JLD tak nie jest. Jakiś czas temu szukałam odpowiedniego salonu, w którym mogłabym zrobić dekoloryzację. JLD wypadł najlepiej - dekoloryzację i nałożenie nowej farby wycenili na 240 PLN! To naprawdę niedużo. W innym salonie za samo ściągnięcie koloru zażądali 400 PLN. Jakby doliczyć farbowanie i jakąś maskę, cena wyniosłaby ok 600 PLN. Jedyny minus sieciówki to natarczywi fryzjerzy. Każdemu klientowi chcą wcisnąć odżywki i maski. Widocznie takie mają wytyczne. Niestety nie opłaca się tam kupować oferowanych produktów. Te same kosmetyki można taniej kupić na znanym serwisie aukcyjnym lub w lepszej drogerii. 
  JLD prowadzi  Akademię Fryzjerską dla swoich pracowników. Są to osoby, które już pracują w salonie, ale chcą podnieść kwalifikacje. Dlatego sieciówka cały czas poszukuje chętnych modelek i modeli, na których fryzjerzy mogą ćwiczyć. Usługi nie są darmowe, ale w bardzo korzystnych cenach. Przykładowo koloryzacja (obojętnie czy to jeden kolor, czy np. splash light) plus modelowanie i strzyżenie kosztuje 50 PLN. O efekt nie ma co się martwić - wszystkie poprawki wykonuje doświadczona trenerka, która nadzoruje pracę fryzjerów. Oczywiście fryzurę i kolor wybiera klient. Terminy nie są bardzo odległe, średnio na wizytę czeka się tydzień. Aby wybrać się do Akademi Fryzjerskiej, trzeba zalogować się na stronie JLD. Dalej w zakładce "dostępne szkolenia" wybiera się usługę, datę i godzinę. Szczegóły znajdują się na stronie fryzjerskiej sieciówki. Myślę, że warto się tam wybrać i następnym razem sama skorzystam z ich oferty. Pakiet usług w takiej cenie to bardzo dobra oferta.
  Kolejne miejsce to salon, gdzie zupełnie za darmo profesjonalni fryzjerzy zajmą się naszą fryzurą. Filip Galas FreeHair Team znajduje się w centrum Warszawy przy ulicy Noakowskiego. Jest to dość znane miejsce, często z ich usług korzystają celebryci. Na stronie salonu znajduje się odnośnik "gratisowe cięcia". Aby z nich skorzystać, należy wypełnić formularz i dołączyć zdjęcie włosów. Nie musi być w super jakości. Gdy pracownik salonu zadzwoni z zaproszeniem i tak wypyta o wszystko:) Nie jest to na pewno opcja dla tych, którzy chcą coś zrobić z włosami na już. Na telefon można trochę poczekać, nawet ok 2-3 tygodni. Z tego co wiem - warto.
  Kolejnym salonem, który czasami oferuje darmowe metamorfozy, jest Wella. Najlepiej skontaktować się telefonicznie ze Studiem Wella przy ul. Smoczej i zapytać o wolne terminy. Podobnie jak u Filipa Galasa na zaproszenie można trochę poczekać. Ja skorzystałam z propozycji salonu i poszłam na taką metamorfozę. Jak to wygląda? Na początku fryzjer ocenia stan włosów i proponuje najlepszą, jego zdaniem, fryzurę. Moje włosy były długie i mocno pocieniowane, ale trochę klapnięte i "bez życia". Stylista zaproponował początkowo "boba". Nie zgodziłam się:) Oczywiście, ktoś powie, że to metamorfoza i chodzi o to, aby zmiana była widoczna. Ok, ale to klient powinien się dobrze czuć, a ja nie widzę siebie w takiej fryzurze. Może kiedyś się na to skuszę, ale na pewno nie teraz. Poszliśmy więc na kompromis: włosy zostały skrócone o ok. 10 cm, lekko ścieniowane, do tego prosta postrzępiona grzywka i farbowanie na naturalny brązowy kolor. Dodatkowo fryzjerka nałożyła mi różnego rodzaju odżywki, bo włosy były mocno przesuszone. To niestety efekt licznych "eksperymentów". Mój naturalny kolor to blond, ale ten odcień ledwo pamiętam. Kiedyś mocno rozjaśniałam włosy, potem przyciemniłam, zdekoloryzowałam i za jakiś czas ponownie miałam ciemne. Jak widać - sporo przeszły, więc profesjonalne, dogłębne odżywianie dobrze im zrobiło. Efekt możecie ocenić sami:


Przed:


 Po kilku miesiącach samodzielnego farbowania włosy były wysuszone i trudne do ułożenia.


Po:


  Jak widzicie, nie jest to jakaś spektakularna przemiana. Włosy mają ładniejszy odcień, są krótsze i łatwiej je układać.  Dodatkowo są delikatnie pocieniowane, dzięki czemu wyglądają na bardziej gęste. 


Wcześniej nosiłam grzywkę na boku, teraz jest prosta. Nie chciałam, żeby wyglądała "ciężko", więc fryzjer trochę ją postrzępił. Dzięki temu nawet jak nieco odrośnie, to łatwo będzie ją zaczesać na bok. Zobaczymy za miesiąc:)


  Niestety zdjęcia nie do końca odzwierciedlają kolor. Ale zapewniam - włosy nie są czarne tylko brązowe. Jeżeli wybieracie się na metamorfozy do salonu Wella, zarezerwujcie sobie trochę czasu. Ja spędziłam tam 3,5 h. To długo - nawet podczas dekoloryzacji nie siedziałam tyle u fryzjera. Czemu więc aż 3,5 godziny? Fryzjer nakładał mi 3 różne maski, które musiałam trzymać na włosach kilkanaście minut. Dodatkowo po zakończonej metamorfozie trzeba chwilę zostać - fryzjer opowiada pozostałym uczestnikom spotkania, co zrobił i dlaczego. Przed wizytą czytałam rożne opinie o tym miejscu. Część osób wypowiadała się negatywnie - że nie ma się wpływu na fryzurę, kolor itp. Może kiedyś tak było, nie wiem, ale teraz na pewno nikt nie zetnie nawet milimetra bez zgody klienta. Ogólne wrażenie -  pozytywne. Za jakiś czas planuje zrobić "małą rewolucję" i wrócić do naturalnego odcienia włosów. Myślę, że odwiedzę Akademię JLD i na pewno opiszę wrażania.
  A Wy korzystacie z ofert darmowego cięcia/koloryzacji? Słyszałam, że szkoły fryzjerskie również organizują takie spotkania. Z tym, że tam wykonują je osoby, które dopiero się uczą. Efekt może być więc różny.

środa, 7 maja 2014

Perfect maxi dress

  Spódnica w wersji maksi to jeden z głównych elementów nadchodzącego sezonu. Wcześniej nie byłam przekonana do takiej długości. Wydawała mi się po prostu nudna. Całkiem niedawno spódnice tego typu zaczęły mi się jednak podobać. Czasem tak ma chyba każdy - coś nam nie pasuje, a potem bardzo chcemy to mieć:) Odpowiednio dobrana maksi ma wiele zalet: ładnie podkreśla figurę, optycznie wydłuża sylwetkę, pasuje zarówno na eleganckie, jak i codzienne wyjścia. W zasadzie taka spódnica przyda się w szafie każdej kobiety. Fajnie, że ta długość już dawno przestała być zarezerwowana wyłącznie na wielkie wyjścia. 
  Zależało mi, aby znaleźć maksi uniwersalną - taką, którą będę mogła nosić do szpilek i do płaskich sandałów. Tylko czy taka istnieje? W sklepach jest teraz wysyp spódnic maksi, ale znalezienie odpowiedniej nie jest łatwą sprawą. Zwłaszcza, że poza fasonem, kolorem i materiałem pod uwagę brałam również cenę.
  Poszukiwania zaczęłam od osławionej "królowej sieciówek" i "ulubionego sklepu szafirek" - Zary. Niestety sklep ma jedną wadę - ceny ubrań są nieproporcjonalnie wysokie w stosunku do ich jakości. Czasem jednak zdarzają się tam perełki, które warto kupić. Moją uwagę zwróciły dwie spódnice.

  
  Szara spódnica, niestety, tylko potwierdziła moją opinię o Zarze. Mimo, że to rozmiar XS, jest za duża i zdecydowanie zbyt długa. Na pewno nie nadaje się do noszenia z płaskimi butami, zresztą z żadnymi innymi też nie. W tej spódnicy miałabym szansę dostać się do cygańskiego taboru. Maksi idealnie odzwierciedla strój Cyganek - jest obszerna, a dodatkowo posiada dwie głębokie kieszenie - w sam raz na znalezione po drodze fanty:) Nie pomaga nawet ozdoba w kształcie paska. Ani nie dodaje szyku, ani nie służyły do regulacji rozmiaru, za to idealnie podkreśla workowaty krój spódnicy. Ponieważ na koncert Don Vasyla się nie wybieram, szybko odwiesiłam ją na miejsce. Dodatkowy minus to cena - 149 PLN (w składzie 100% poliester). Spódnica ma też plusy: ładne rozcięcie i kolor. To niestety za mało, abym mogła ją kupić. 

  
  Kolejna spódnica, którą zdecydowałam się przymierzyć, pochodzi również z Zary. 

  
  Jest dostępna w 4 kolorach, ale ja skupiłam się na ślicznym, brzoskwiniowym odcieniu. Niestety to chyba jedyna jej zaleta. Maksi jest trochę przydługa, ale ładnie przylega do ciała. Jak na złość materiał jest bardzo prześwitujący. Jeżeli któraś z Was zdecydowałaby się ją nabyć, to niestety trzeba do niej dokupić, już trochę zapomnianą, halkę. Może to kwestia wieku, bo nastolatką już od dawna nie jestem, ale bielizna prześwitująca spod spódnicy jest nie do przyjęcia. Ani to eleganckie, ani atrakcyjne. Minusem jest tu również brak rozcięcia. Bez niego spódnica wygląda "ciężko". Ponadto cena nie zachęca do zakupu - 149 PLN za kawałek prześwitującego poliestru na gumce? Trochę dużo. 


  Kolejny sklep, do którego zajrzałam, to Pull&Bear. Bardzo lubię tę sieciówkę. Praktycznie zawsze potrafię tam znaleźć coś interesującego. Tym razem nie było inaczej.

  
  Spódnica dostępna jest w 2 kolorach - miętowym i żółtym. Mi bardziej odpowiada ten pierwszy, jest bardziej uniwersalny. Maksi ma duży plus - składa się z dwóch warstw. Krótka halka pod spodem sprawia, że bielizna jest niewidoczna. Spódnica ma idealną długość i nawet przy płaskich butach nie ciągnie się po ziemi. Podoba mi się również rozcięcie. Dzięki niemu ubranie nabiera lekkości. Niestety to też nie jest spódnica idealna. Jakość i sposób wykonania sprawiają, że nadaje się wyłącznie na codzienne wyjścia. Cena 119 PLN. Może skuszę się na nią podczas letnich wyprzedaży, ale na pewno nie teraz.


  Zajrzałam również do Dorothy Perkins. Tu historia jest podobna do spódnicy nr 2 z Zary. Wykonana jest z cienkiego, prześwitującego poliestru. Na zdjęciu tego nie widać, ale tak prześwituje, że równie dobrze można wyjść bez niej... :) Mam również zastrzeżenia co do kroju - wygląda trochę jak prześcieradło. Cena 129 PLN. Jestem zdecydowanie na nie. 

  
  Plusem tej spódnicy jest ładny kolor pudrowego różu. Długość też jest dla mnie ok. Niestety czułam się w niej jak w (co prawda ładnym) worku:) 
   

  Ostatni sklep, który odwiedziłam w poszukiwaniu idealnej spódnicy, to Reserved. Jak zwykle się nie zawiodłam. Znalazłam tam śliczną, bladoróżową maksi! Spódnica, tak samo jak poprzednie,  jest wykonana z poliestru. W tym przypadku cena jest adekwatna do jakości - 99 PLN. To naprawdę niedużo jak na taki ciuch. Spódnica jest plisowana, co nadaje jej elegancji. Pasuje zarówno do eleganckiego topu jak i zwykłego T-shirtu. Myślę, że jest na tyle elegancka, że można do niej założyć szpilki. Wybaczam jej nawet brak rozcięcia - plisy wystarczą.


  Dodatkowy plus to suwak. Inne spódnice miały w pasie gumę. Ja wolę, gdy jest suwak, bo dzięki niemu ubranie można lepiej dopasować. Ponadto guma po kilku praniach trochę się rozciąga. Jedyny minus to długość - troszkę ciągnie się po ziemi. Nie wiem, czy nadaje się do tego, aby ją skrócić - to może popsuć fason. Krawcowa powinna jednak coś zaradzić na ten "defekt".

  
  Okazało się, że najtańsza rzecz jest tą najlepszą. Moja zwycięska spódnica:


  A która Wam podoba się najbardziej? Mimo tak dużego wyboru, znalezienie odpowiedniej maksi było czasochłonne. Ale myślę, że lepszej nie mogłam wybrać.

czwartek, 1 maja 2014

Train hard but ... eat delicious

  Makaron z twarogiem to danie bardzo proste w przygotowaniu. Wygląda niepozornie i przez to niesłusznie cześć osób nie ma o nim najlepszego zdania. Słyszałam opinie, że to "substytut posiłku", ot, takie coś na szybko, żeby tylko zjeść. Nie zgadzam się z tym. Odpowiednio przygotowany makaron z twarogiem to nie tylko pyszny, ale przede wszystkim zdrowy obiad. Idealnie nadaje się dla sportowców, osób na diecie lub tak jak w moim przypadku - tych, którzy amatorsko chcą trochę wyrzeźbić ciało;) Na jednym talerzu mamy wszystko, czego potrzebujemy po treningu: białko, węglowodany, tłuszcze. Przede wszystkim jest to też "tanie danie".
  Składniki do posiłku pochodzą z Lidla. To nie pierwszy raz, kiedy polecam zakupy w tym sklepie - bardzo dobrze wypada w relacji jakość-cena. Produkty niezbędne do przygotowania takiego obiadu wraz z cenami znajdują się w tabeli:

  Nie uwzględniłam tu oleju i przypraw, ale te rzeczy każdy raczej w domu ma. Zauważcie również, że np, cebuli, makaronu i suszonych pomidorów zostanie jeszcze na następny raz.

Przepis

Składniki (porcja dla 2-3 osób):


1. 1 opakowanie chudego twarogu 275g
2. Pół opakowania makaronu 500g
3. 2 średnie cebule
4. 4 suszone pomidory
5. 5 plastrów Szynki Szwarcwaldzkiej lub boczku

Sposób przygotowania:


Cebulę obieramy i kroimy w kostkę. Tak samo Szynkę Szwarcwaldzką. Następnie na małej patelni rozgrzewamy olej i podsmażamy pokrojone produkty. W garnku gotujemy pół opakowania makaronu. W międzyczasie czasie twaróg rozdrabniamy np. widelcem i mieszamy z przyprawami, np. solą i pieprzem, oregano i bazylią (można też dodać kminek, rozmaryn i wiele innych - zależy od indywidualnych preferencji). 4 suszone pomidory kroimy w kostkę. Do odcedzonego makaronu dodajemy  podsmażoną cebulę i szynkę, twaróg i pokrojone suszone pomidory. Wszystko mieszamy i gotowe. Całość można, a nawet warto, polać jeszcze oliwą z oliwek. Smacznego!

  

  Koszt wykonania potrawy dla 2-3 osób wynosi 16,85 PLN, czyli dla jednej - tylko 5,62 PLN! Ponadto cześć składników zostanie na kolejny raz.

Dlaczego warto jeść makaron z twarogiem po treningu

 Jak powszechnie wiadomo, intensywny trening jest męczący. Dlatego mięśnie muszą się po nim zregenerować. Zawsze po dużym wysiłku fizycznym należy zjeść odpowiedni posiłek. Jak wcześniej wspomniałam, makaron z twarogiem ma wszystko, czego organizm do regeneracji potrzebuje:


BIAŁKO - głównie z niego zbudowana jest tkanka mięśniowa (nie licząc wody). Aby ciało było ładnie wyrzeźbione, należy (oprócz odpowiednich ćwiczeń) dostarczać organizmowi odpowiednią ilość tego składnika. Wysiłek fizyczny przyspiesza metabolizm, przez co wzrasta zapotrzebowanie na białko - szczególnie wtedy, gdy jest to trening siłowy. Przy aerobowym białka potrzebujemy trochę mniej. W 100 gramach twarogu z przepisu znajduje się 20 gramów białka.

WĘGLOWODANY - ok, wiadomo tuczą. Ale wyłącznie wtedy, gdy są spożywanie w nadmiarze. Podczas ćwiczeń i zaraz po nich potrzebujemy energii do działania. Dostarczą nam jej węglowodany z makaronu.

TŁUSZCZE - temat "tabu". W końcu tego wroga na "T" chcemy się pozbyć;) Okazuje się jednak, że czasami to nasz sprzymierzeniec. Niektóre witaminy np. A i D przyswajają się wyłącznie z udziałem tłuszczów. Oczywiście nie należy z nim przesadzać. Odrobina w daniu wystarczy. Do makaronu z twarogiem dodaję oliwy z oliwek. To też tłuszcz, ale zdrowy. Oliwa zawiera nienasycone kwasy tłuszczowe, które polepszają pracę naczyń krwionośnych oraz chronią przed chorobą nadciśnieniową. Dodatkowo jest bogatym źródłem witamin A, E i D, dzięki czemu zapobiega miażdżycy oraz cukrzycy. 

WITAMINY i MINERAŁY - są niezbędne dla zdrowia i urody. Niedobory witamin mogą spowodować rozdrażnienie, złe samopoczucie, a także wpływać niekorzystnie na włosy i paznokcie. Suszone pomidory zawierają dużo witaminy C i karotenoidy. W tym produkcie znajdziemy również sporo mikroelementów: magnez, wapń i żelazo.

  Makaron z twarogiem - tanio, smacznie i z korzyścią dla organizmu. Co sądzicie o takim pomyśle na obiad/kolację?
Pomidory suszone na słońcu zawierają duże ilości witaminy C i karotenoidy (likopen) o właściwościach silnie antyoksydacyjnych (przeciwutlaniających) przez co zapobiegają tworzeniu się komórek rakowych. Zawierają też mikroelementy: wapń, żelazo, magnez.

Czytaj więcej na http://www.styl.pl/kuchnia/mistrzyni-kuchni/news-ach-te-suszone-pomidory,nId,360583?utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=firefox
Pomidory suszone na słońcu zawierają duże ilości witaminy C i karotenoidy (likopen) o właściwościach silnie antyoksydacyjnych (przeciwutlaniających) przez co zapobiegają tworzeniu się komórek rakowych. Zawierają też mikroelementy: wapń, żelazo, magnez.

Czytaj więcej na http://www.styl.pl/kuchnia/mistrzyni-kuchni/news-ach-te-suszone-pomidory,nId,360583?utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=firefox
Pomidory suszone na słońcu zawierają duże ilości witaminy C i karotenoidy (likopen) o właściwościach silnie antyoksydacyjnych (przeciwutlaniających) przez co zapobiegają tworzeniu się komórek rakowych. Zawierają też mikroelementy: wapń, żelazo, magnez.

Czytaj więcej na http://www.styl.pl/kuchnia/mistrzyni-kuchni/news-ach-te-suszone-pomidory,nId,360583?utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=firefox