niedziela, 27 kwietnia 2014

Open Your Eyes

  Tusz do rzęs to bez wątpienia mój ulubiony kosmetyk. Lubię się malować i nie traktuję tego jak "obowiązku", lecz swojego rodzaju kreację. Makijaż sprawia mi po prostu przyjemność. Porządnie wytuszowane rzęsy to mój "znak rozpoznawczy":) Przetestowałam wiele mascar i mam swoich faworytów. Co jakiś czas zdarza mi się wypróbować "nowość", ale póki co mój ranking pozostaje bez zmian. Dziś przedstawię Wam moje cztery ulubione tusze, dzięki którym bez trudu możecie wyczarować rzęsy niczym "franki". Dziewczyny, które preferują stonowany makijaż oczu, również znajdą tu coś dla siebie - w zależności od sposobu nakładania można osiągnąć efekt "drama look" lub subtelnego podkreślenia oka. Oczywiście kosmetyki pochodzą z różnych półek cenowych. Czy drogi tusz jest lepszy niż tani? A może płacimy tylko za markę? Mój codzienny makijaż oczu widać na poniższych zdjęciach. Taki efekt można osiągnąć za pomocą każdego z wymienionych tuszy. 



Maybelline Colossal 

 


  To bez wątpienia mój faworyt. Jego regularna cena wynosi 24,99 PLN. Często jednak ten tusz można nabyć na promocji. Ostatnio kupiłam go w Hebe za 12,90 PLN! Drogerie, które bardzo często mają korzystną cenę na "Kolosa", to przede wszystkim Super-Pharm i Hebe. W zasadzie nie pamiętam, czy kiedykolwiek zapłaciłam za ten tusz regularną cenę:)

Zalety:

Wydajność (wystarcza na 3 miesiące w przypadku codziennego i mało oszczędnego stosowania), nie osypuje się, ma ładny głęboki odcień czerni, występuje w wersji wodoodpornej (na lato - niezastąpionej), nie pozostawia grudek, korzystna cena.

Wady:

Trudno się go zmywa, ale paradoksalnie wystarczy lekko przetrzeć oko, żeby się ukruszył, po 10 godzinach trzeba wykonać poprawki.

  Colossal występuje w dwóch wersjach: klasycznej i Cat Eyes. Lubię obie i dla mnie osobiście nie ma różnicy w stosowaniu. Cat Eyes podobnież bardziej podkręca rzęsy, ale nie zauważyłam tego u siebie. Dodatkowo Cat Eyes ma cieńszą i lekko wygiętą szczoteczkę. Dla mnie to bez różnicy, ale słyszałam opinie, że łatwiej się dzięki temu aplikuje tusz, niż w klasycznej wersji. Zawsze jak jest wybór, kupuję klasyczny tusz. Lubię jego grubą i krótką szczoteczkę - bardzo łatwo nią manewrować między rzęsami;) Tym tuszem można wyczarować zarówno efekt sztucznych rzęs, jak i naturalne podkreślenie. Jeżeli jesteśmy zainteresowane pogrubionymi i wydłużonymi rzęsami, należy podczas malowania trochę przytrzymać tusz przy końcówkach. Dzięki temu będą uniesione, a oczy wizualnie się powiekszą. 

NYX Propel My Eyes

 

  Ta mascara jest idealna dla właścicielek krótkich rzęs. Dzięki bardzo małej szczoteczce można "schwytać" nawet najdrobniejsze rzęsy. Kosztuje 49,90 PLN.

Zalety:

Łatwo się rozprowadza, wygodna szczoteczka, ładny odcień czerni, nie zostawia grudek, nie rozmazuje się.

Wady:

Cena (49,90 PLN to jednak dużo), dostępność (w niewielu drogeriach można ją zdobyć - zawsze za to jest w drogeriach Douglas), aby otrzymać efekt "firanek", trzeba nałożyć 2-3 warstwy, wystarcza na ok. 2 miesiące (dość szybko wysycha i ciężko się potem malować).

  Ten tusz docenią zwolenniczki naturalnego efektu. Po jednym pociągnięciu małą szczoteczką rzęsy są podkreślone, a spojrzenie wyraziste. Dodatkowo tusz jest trwały. Koleżanka przebiegła półmaraton z rzęsami umalowanymi tą mascarą. Po 22 kilometrach nadal wyglądała jak w chwili startu:) Do tego tuszu trzeba się przyzwyczaić. Szczoteczka jest naprawdę niewielkich rozmiarów i osoby, które wcześniej nie miały z tym styczności, raczej nie zrobią sobie makijażu w 5 minut. 

MaxFactor 2000 Calorie

 

 

  Zanim odkryłam Colossal, to był mój numer 1. Tusz jest na rynku już od bardzo dawna. Pamiętam jeszcze, jak byłam małą dziewczynką i podkradałam go mamie z kosmetyczki. Po kryjomu ćwiczyłam makijaż oczu i często nie najlepiej to wychodziło - ale wtedy byłam z tego dumna;) Przez te kilka lat producenci zmienili wygląd opakowania i skład, ale tusz nadal daje zadowalające efekty.

Zalety:

Duża gama kolorów (czarny, granatowy, brązowy), nie rozmazuje się, nie tworzy grudek, nie osypuje się, nie skleja rzęs, aby osiągnąć efekt firanek, wystarczy nałożyć 1-2 warstwy, łatwa dostępność, korzystna cena.

Wady: 

Dość długa szczoteczka.

Jeszcze 4-5 lat temu tusz w drogeriach kosztował aż 59,90 PLN. Ta cena była nieadekwatnie wysoka. Obecnie regularna cena wynosi 39,90 PLN, czyli jeszcze w granicach normy. 2000 Calorie ma jeszcze tę zaletę, że nie uczula. Dodatkowo można bez trudu wykonać przy jego pomocy delikatny, dzienny makijaż - wystarczy jedno dokładne pociągniecie szczoteczki. No i oczywiście do tego produktu przyciąga niezwykła historia założyciela firmy. Nie wiem jak Wy, ale ja lubię kosmetyki "z duszą":) Oczywiście nie ma to wpływu na użytkowanie produktu. Z tą mascarą naprawdę bardzo przyjemnie się pracuje. Makijaż "codzienny" można wykonać w kilka minut. Nie trzeba kilkanaście razy przeciągać szczoteczką po rzęsach.

 

MaxFactor Clump Defy

 

 

  Już sama nazwa tuszu wskazuje na jego działanie. Efekt sztucznych rzęs bez problemu można tą mascarą uzyskać. Szczoteczka jest gruba i krótka, co ułatwia aplikację. Z Clump Defy będą zadowolone posiadaczki krótkich i dość rzadkich rzęs. Na pewno nie jest to tusz dla zwolenniczek naturalnego wyglądu. Idealnie nadaje się na imprezy i eleganckie wyjścia. Kępki naszych naturalnych rzęs będą wyglądały na sztuczne. Taki efekt na codzienne wyjścia do pracy może okazać się za mocny. Szczoteczka jest dość cienka i podkręcona. Według mnie bardzo podobna do Cat Eyes. Jednak daje bez porównania mocniejszy efekt.

Zalety:

Łatwa aplikacja, bardzo dobry efekt, wydajność (ok. 4 miesięcy codziennego stosowania).

Wady:

Wysoka cena, po ok. 8 godzinach tusz zaczyna się kruszyć.

   Największą wadą tuszu jest jego regularna cena w wysokości 55,99 PLN. Na znanym portalu aukcyjnym można go kupić już za 26 PLN + koszty wysyłki. Trzeba jednak uważać na podróbki.

 

  Jakie są Wasze ulubione mascary? Osobiście uważam, że nie powinno się przywiązywać do jednego modelu. Warto testować różne kosmetyki, aby mieć porównanie. W przypadku tuszów do rzęs drogo nie znaczy wcale lepiej. Miałam okazję testować kiedyś tusz z "górnej półki" firmy Lancome - Hypnose. Po jednym nałożeniu, mimo że jest to mascara pogrubiająca, rzęsy jedynie lekko się wydłużyły. Przy kolejnym - posklejały. Gdybym nie miała 100% pewności, że jest to produkt oryginalny, byłabym przekonana, że to podróbka. Ok, część osób powie, że taki efekt wystarczy. I dla niektórych pewnie tak jest, ale ja po tuszu za 120 PLN, który jest reklamowany jako produkt mocno pogrubiający rzęsy, spodziewam się naprawdę spektakularnego efektu. Często jesteśmy przywiązane do konkretnej firmy (tak jak ja do 2000 calories). Warto jednak sięgnąć czasem po tańszy odpowiednik. W moim przypadku okazał się równie dobry. Jeżeli często malujecie rzęsy, warto pomyśleć o ich odżywieniu. Wśród odżywek też jest kilka cenowych pułapek. Ale to tym kiedy indziej.



wtorek, 22 kwietnia 2014

Cheap trip!

  Niebawem zacznie się majówka. Niektórzy będą mieli długi weekend. Wiele osób wykorzystuje wolne dni, aby gdzieś wyjechać. Wiadomo, najwygodniej podróżuje się własnym samochodem: nie jesteśmy od nikogo zależni, możemy wyruszyć o której chcemy i gdzie chcemy, nie mamy ograniczeń co do bagażu. Bardzo często jest to jednak kosztowne rozwiązanie, chyba że podróżujemy w kilka osób. Benzyna, ropa czy gaz – ciągle się słyszy o podwyżkach itp. Jeżeli jedziemy na krótko i to w jedno konkretne miejsce, warto rozważyć podróż z firmą PolskiBus.com


Plusy:

 

  W autobusie znajdziemy: darmowe wi-fi, toalety, klimatyzację, pasy, regulowane fotele. Jak na autobus jest tam naprawdę wygodnie. Dodatkowo podróż jest skrócona do minimum – nie ma przystanków po drodze. 

Minusy:

 

  To jednak autobus. Z tego powodu do bagażu „podręcznego” nie można wziąć zbyt wielu rzeczy, bo będzie nam po prostu niewygodnie. Ramię w ramię siedzi z nami druga osoba. Jeżeli znamy towarzysza, to wszystko jest ok, ale jeżeli to obca osoba, to niestety i tak musimy z nią dzielić dość małą przestrzeń. Należy pamiętać, że w autobusie są ograniczenia co do bagażu. Maksymalnie możemy mieć dwa. Jeden do luku bagażowego (max 20kg) i jeden mały, który uda nam się upchnąć pod siedzeniem bądź na półce. Szczegóły znajdziecie na stronie przewoźnika. Dodatkowym minusem może być to, że Polski Bus zatrzymuje się tylko w dużych miastach. Jeżeli docelowy punkt naszej podróży znajduje się gdzieś na trasie – nie ma możliwości poproszenia kierowcy, aby się tam zatrzymał.
 

Krok po kroku, czyli jak (tanio) kupić bilet

 

  Polski Bus rządzi się swoimi prawami. Możemy kupić bilet w jedną stronę lub od razu w dwie. Jest tylko jedna zasada: im szybciej to zrobimy, tym tańszy będzie bilet. Dlatego też wyjazdy z Polskim Busem dobrze jest planować sobie z wyprzedzeniem. Jeżeli zrobimy to dużo wcześniej, mamy szansę na zakup biletu w bardzo korzystnej cenie. Im bliżej wyjazdu, tym bilety będą droższe (mogą dojść nawet do ceny „standardowej” w innym liniach autobusowych). Po pierwsze należy wejść na stronę Polskiego Busa. Następnie standardowo: wybieramy miasto, do którego chcemy się udać, datę wyjazdu (i ewentualnie powrotu) i klikamy "szukaj". Bilet można kupić maksymalnie dwa miesiące przed podróżą, co wydaje mi się dobrym rozwiązaniem. Następnie wybieramy najlepszą dla nas opcję (wyświetla się kilka połączeń w danym dniu, które różnią się godziną odjazdu i ceną) i akceptujemy regulamin zakupów. Później podajemy swoje dane (imię, nazwisko, adres e-mailowy oraz numer telefonu) i wybieramy metodę płatności. Do ceny biletu należy doliczyć 1 PLN za rezerwację. Mamy do wyboru płatność kartą płatniczą, przelewem lub przez PayPal. Na pewno słyszeliście o promocji „bilet już za złotówkę”. 


 

  Faktycznie, może się tak kiedyś zdarzyło, ale do ceny biletu należy doliczyć również cenę rezerwacji – 1 PLN. Tak więc minimalny koszt wynosi 2 PLN. To był bardziej slogan, który miał na celu zwrócić uwagę ludzi na przewoźnika. Zresztą ta promocja jak na razie się zakończyła. Być może  firma PolskiBus.com znowu ją uruchomi. Tak realnie - bilet można mieć za ok. 18 PLN (czasem taniej np. 15 PLN, czasem drożej - 22 PLN). Co i tak jest bardzo dobrą ceną. Z wydrukowanym biletem musimy stawić się na odprawę – ok. 30 min przed odjazdem. Na wybranych połączeniach pasażerowie mogą liczyć na darmowy poczęstunek: kawę, herbatę, sok, rogalika, lody, herbatniki czy po prostu wodę. Najeść się tym nie można, ale to miły gest ze strony przewoźnika. Zawsze przyjemniej mija czas. W Warszawie bus zatrzymuje się w dwóch lokalizacjach: przy stacji metra Młociny i na al. Wilanowskiej. Według mnie ta druga jest znacznie wygodniejsza – bliżej centrum. 
  Osobiście miałam przyjemność podróżować Polskim Busem tylko raz. Za bilet do Białegostoku zapłaciłam 12 PLN. Muszę przyznać, że byłam zadowolona. Wszystko przebiegło bez komplikacji – nawet zdziwiłam się, że tak szybko minęła mi droga.

piątek, 18 kwietnia 2014

Happy Easter!

Nie lubię łamać własnych zasad. Ale od każdej reguły są przecież odstępstwa:) Dlatego też, życzę Wam Świąt Na Bogato!


 Na kolejny post zapraszam już we wtorek!

środa, 16 kwietnia 2014

Look like a million dollars but... pay little!

  Wiosna w pełni. Temperatury stają się coraz wyższe. W końcu! Wraz z nową porą roku czas zmienić ubrania. Swetry i kurtki muszą powędrować na dno szafy i zrobić miejsce na nowe rzeczy. Znowu na ulicach zaczną królować neonowe koszule, krótkie spódnice, szorty i sandałki. Co sezon pojawia się jakiś nowy trend. Wiadomo, moda jest zmienna, jednak niektóre elementy garderoby od lat cieszą się popularnością. Koszula w kratę i dżinsowe szorty to zestaw, który ma lub chce mieć w swojej szafie prawie każda kobieta. Połączenie uniwersalne – pasuje zarówno na zakupy, jak i spotkanie ze znajomymi. Wiek też nie jest tu ograniczeniem. Dla starszych osób (lub tych, które nie czują się komfortowo z odsłoniętymi nogami) zamiast typowych szortów proponuję bermudy. Ot, prosty, niezobowiązujący, codzienny zestaw. Ze znalezieniem odpowiedniej koszuli i idealnych spodenek nie powinno być problemu – te rzeczy są w prawie każdej sieciówce. Problem może się pojawić dopiero w momencie, gdy podejdziemy do kasy. Dziś przedstawię Wam dwie wersje stroju w tym samym stylu – tańszą i droższą. 


  
  Panuje przekonanie, że droższe rzeczy są lepszej jakości. Rzeczywiście czasami tak jest. Dobre materiały trochę kosztują (np. kaszmir czy jedwab). Jeżeli dodatkowo ubranie jest ręcznie szyte lub zdobione, to jego cena też będzie wyższa. Odzwierciedla się to w jakości – takie rzeczy są przyjemne w dotyku i nie farbują w praniu. Jednak ta zasada nie zawsze się sprawdza, zwłaszcza w przypadku ubrań z sieciówek (nawet tych "droższych"). Przeważnie płacimy za metkę i markowy znaczek. 
  Jak już wspominałam, zdecydowałam się połączyć koszulę i szorty. Postanowiłam sprawdzić sklep, który słynie z tego typu ubrań. Jest nim oczywiście amerykańska marka Hollister. Firma produkuje ubrania dla młodych ludzi (do 30 roku życia). Jak zapewne wiecie, sieć należy do grupy Abercrombie & Fitch. Ponieważ jest nastawiona na młodych, ma znacznie niższe ceny niż wspomniany Abercrombie. Tyle, że te niższe ceny zadowolą tylko Amerykanów. Na nasze warunki to nadal jedna z droższych sieciówek. Z tego, co mi wiadomo, w Polsce jest jak na razie tylko jeden butik (w Galerii Mokotów). Jeżeli ktoś mieszka daleko od Warszawy, a chciałby kupić rzeczy z Hollistera, zostaje sklep internetowy i słynny portal aukcyjny. Wystrój sklepu nawiązuje do słonecznej Kalifornii: na monitorach cały czas wyświetlane są plaże, w głośnikach poza muzyką słychać szum fal. Jedyny minus – w butiku jest naprawdę ciemno, przez co kolory ubrań wyglądają trochę inaczej niż na zewnątrz. Nie jest to jednak duża przeszkoda w zakupach. Jak wiadomo, Hollister słynie głównie z szortów. Rzeczywiście w sklepie jest pełno różnych modeli. Trochę czasu upłynęło, zanim znalazłam odpowiednie. Polowałam na niebieskie, lekko postrzępione, z wyższym stanem. Z koszulą miałam mniejszy problem – był tylko jeden fason, tyle że w 4 kolorach. Udało mi się wybrać odpowiedni zestaw i poszłam do przymierzalni (trzeba tu dodać, że trochę lepiej oświetlonej niż reszta sklepu). 


  Cena koszuli ze zdjęcia to 199 PLN. W składzie ma 100% bawełny i została wyprodukowana w Indiach. Plusy: jest miła w dotyku, nie gniecie się bardzo, ma idealną dla mnie długość, jest cienka i przyjemnie się ją nosi. Minusy: niedokładne wykonanie. Gdzieniegdzie sterczały nitki, a to w końcu nowy ciuch. Po koszuli za taką cenę spodziewałam się lepszego wykonania. Mimo to bardzo mi się podoba.

   Szorty z Hollistera to wydatek rzędu 249 PLN. Praktycznie większość krótkich spodenek jest tam w takiej właśnie cenie. Muszę przyznać, że wzornictwo w tym sklepie jest naprawdę ciekawe. Przeszycia, przetarcia, koronki – to jest to, czego w szortach szukam. Uważam jednak, że 249 PLN to stanowczo za dużo jak na taki ciuch. W końcu to tylko krótkie spodenki. Ponadto „made in China”. 

  Taki sam zestaw starałam się skomponować, wykorzystując tańsze ubrania. W tym celu odwiedziłam sklepy Pull&Bear i Cropp. A oto efekt:

  Koszula pochodzi z Croppa. Jej regularna cena to 69,90 PLN, ale teraz obowiązuje na ten model promocja i kosztuje 49,99 PLN (jest w dwóch wariantach kolorystycznych). Podobnie jak ta z Hollistera ma w składzie 100% bawełny. Według mnie układa się równie dobrze co droższy odpowiednik, a dodatkowo jest w korzystnej cenie. Do jej wykonania nie mam zastrzeżeń. 


  Szorty do łup z Pull&Bear. Ich cena wynosi 69,90 PLN. Co prawda te ze zdjęcia kupiłam w zeszłym roku (za 39,90 PLN podczas wyprzedaży), ale teraz jest dostępny w zasadzie identyczny model. Jak już wspominałam, lubię dżinsy z przetarciami, ale w tej samej cenie w Pullu jest też model jednolity - dla osób, które wolą klasyczne wzory.  


  Podsumujmy. Za zestaw w Hollisterze zapłacilibyśmy 449 PLN. W kombinacji Cropp/Pull&Bear - 119,80 PLN. W portfelu zostaje więc 329,20 PLN! Natomiast skład i jakość ubrań – porównywalne. Oczywiście taki set trzeba dopracować dodatkami, ale to już indywidualna kwestia. 


   A jak Wy uważacie, widać  różnicę? Tym razem musicie mi wybaczyć słabą jakość zdjęć. Jest to pierwszy wpis z tego cyklu. Zdjęcia kolejnych zestawów z porównaniem cen będą lepszej jakości.

piątek, 11 kwietnia 2014

Animal print!

  Chyba każdy lubi wyprzedaże. Nie ukrywajmy - większość ubrań w sieciówkach nie jest warta swoich regularnych cen. Gdy na metkach pojawia się -50% czy -70%, w sklepach panuje istny chaos: kilkumetrowe kolejki do przymierzalni, ciuchy leżą na podłodze, ludzie jak w transie przeglądają kolejne wieszaki. No dobra, może trochę przesadzam:) Ponieważ do letnich wyprzedaży jeszcze daleko, dziś zaprezentuję Wam pewne buty. 

  
Botki pochodzą z Reserved z kolekcji jesień/zima. Ich regularna cena to 99,99 PLN. Choć wizualnie prezentują się ciekawie, moim zdaniem nie były warte tej ceny. Dlaczego? Po pierwsze materiał – o fakturze podobnej do zamszu. Trzeba przyznać, że do wzoru w panterkę pasuje idealnie, ale niestety znacznie ogranicza możliwości noszenia takich butów. Jeżeli nagle złapie nas deszcz, to możemy się pożegnać z ich fasonem. Taki materiał jest podatny na odkształcenia i dość szybko się niszczy. Impregnaty niewiele w tej kwestii pomagają. Po drugie – sposób wykonania. Podeszwa jest przymocowana w taki sposób, że łatwo może się rozkleić. Miałam już kilka par butów z tak wykonaną podeszwą i niestety, niektóre po kilku wyjściach musiałam reklamować. Niemniej jednak botki bardzo mi się podobały i chciałam je mieć. Jakimś cudem udało mi się zachować racjonalne myślenie i czekałam do wyprzedaży - ale się nie doczekałam! Cena spadła początkowo do 69,90 PLN, czyli nie tak dużo, ale ze sklepu internetowego zniknęły dwa najbardziej popularne rozmiary. W tym mój. W sklepie stacjonarnym też nie mogłam ich znaleźć. Jak na złość inne rozmiary dało się jeszcze upolować. Prawie pogodziłam się z myślą, że ich nie nabędę, jednak z nadzieją ciągle zerkałam na stronę internetową, czy może jakimś zrządzeniem losu mój rozmiar jest dostępny. Niestety nie był. Za to cena spadła do 44,99 PLN i bardzo szybko zniknęły wszystkie rozmiary. 
  Mniej więcej tydzień temu, zupełnie przypadkowo, byłam w Reserved i zobaczyłam botki w panterkę! Z ciekawości podeszłam do nich i przeżyłam miłe zaskoczenie - zostały dwie pary o rozmiarach 36 i 37 za 39,90 PLN. Ucieszyłam się, złapałam swój rozmiar i poszłam przymierzyć. Moja radość nie trwała długo. Szybko zrozumiałam, dlaczego jeszcze nikt ich nie kupił – były lekko uszkodzone. Elastyczna wstawka była rozerwana. Co w takiej sytuacji należy zrobić? Odstawić na półkę? Ja zaczęłam się zastanawiać, czy da się je naprawić. Na szczęście w przypadku tych butów uszkodzenie było małe, a do tego rozerwały się po szwie (tak mi się wydawało). Czyli jakaś szansa naprawy była. Jeżeli towar jest uszkodzony (nawet ten z przeceny), to można negocjować zniżkę. Ja dostałam aż 45%! Finalnie za buty zapłaciłam 21,95 PLN. Minusy są takie, że towaru ze zniżką nie można zwrócić ani reklamować na tę wadę. Jednak za taką cenę szkoda byłoby ich nie kupić. Następnym krokiem była naprawa usterki. Początkowo myślałam, że zrobi to krawiec. Nie wiem czemu, ale wydawało mi się, że to tańsze rozwiązanie. W końcu to buty wykonane z cienkiego materiału. Niestety okazało się, że krawiec ma „płaską” maszynę, a butami, nawet w przypadku zszycia materiału, zajmuje się szewc. Szewc dokładnie obejrzał but i stwierdził, że materiał nie jest rozerwany tylko wyrwany, bo elastyczna wstawka była za płytko wszyta. Za 5 PLN naprawił usterkę, a ja mogę cieszyć się butami. Ingerencja szewca jest prawie niewidoczna. Co prawda od wewnętrznej strony widać trochę klej (oprócz zszycia naprawione miejsce zostało dodatkowo podklejone), ale nie rzuca się to w oczy.

   
  Pamiętajcie, jeżeli towar ma jakąś wadę, trzeba ocenić, czy jest szansa naprawy i ile może ona kosztować. Dopiero później negocjujcie zniżkę (nie we wszystkich sieciówkach jest to możliwe, ale o tym napiszę innym razem). Rabat powinien pokryć koszty związane z naprawę ubrania czy dodatków. Oderwany guzik, zepsuty suwak – to rzeczy, które można łatwo i tanio naprawić. A na to też należy się zniżka. Jeżeli natomiast jest to poważna usterka, jak np. rozerwany rękaw w swetrze (nie na szwie – bo taki można zszyć), to żaden rabat nam tego nie wynagrodzi i nie ma co na siłę takiej rzeczy kupować, nawet za 20 PLN. Prawdopodobnie nigdy nie założymy podartej bluzki, a zwrócić też jej nie będzie można. Jak widać, nawet rzeczy mocno przecenione można kupić jeszcze taniej.

Macie listę sklepów, w których rabaty są bezproblemowo udzielane?

środa, 9 kwietnia 2014

You're my friend, not only because I keep you.



  Chcesz mieć prawdziwego przyjaciela? Kup sobie psa – tak głosi słynne powiedzenie. Trochę prawdy w tym jest. Zwierzęta (jeżeli są dobrze traktowane!) bardzo przywiązują się do właściciela. Nie ma nic piękniejszego niż świadomość, że pupil zupełnie bezinteresownie cieszy się na nasz widok. No dobra, z tą bezinteresownością przesadziłam – każdy wie, że najpierw jest jedzenie, dopiero na drugim miejscu właściciel:). Więź, jaka łączy zwierzę z opiekunem, jest trudna do opisania. Wiedzą o tym tylko ci, którzy sami mają zwierzaka. To sprawa indywidualna. Tym razem zajmę się kwestią dość ważną, choć często pomijaną - naszego czworonożnego przyjaciela trzeba utrzymywać. O tym, ile kosztuje utrzymanie zwierzaka, przeczytacie w dalszej części tekstu. Dziś skupię się na dwóch popularnych domowych pupilach – kocie i śwince morskiej.


Kot


  Podstawową kwestią jest tu nabycie zwierza. Nie lubię w tym przypadku używać słowa „kupić”. Kupić można co najwyżej bułki w piekarni, a  zwierzaka się adoptuje;). Cena rasowego kota wynosi od kilkuset do kilku tysięcy złotych. Mruczek z rodowodem to poważny wydatek. Taki kot często wymaga też odpowiedniej karmy, zabiegów pielęgnacyjnych itp. Jednym słowem jest to dość kosztowny przyjaciel. Sama znam persa, któremu trzeba kupować specjalna karmę, bo nic innego nie zje. Pocieszeniem dla tych, którzy nie dysponują takim budżetem, a chcą mieć kota, jest fakt, że tzw. „dachowca” można otrzymać za darmo. Chyba każdy chociaż raz w życiu słyszał, że ktoś ze znajomych/rodziny ma do oddania małe kotki, które zupełnie niespodziewanie pojawiły się w ogródku. Taki kot na pewno będzie nas kochał równie mocno, co ten z „papierami”, a dodatkowo nie poniesiemy tak dużych kosztów. Trzeba jednak dodać, że kotek jest tylko teoretycznie za darmo. Takiego „znajdę” koniecznie trzeba pokazać weterynarzowi. Lekarz sprawdzi, czy kot nie ma pasożytów i chorób. Taka wizyta trochę kosztuje. Lepiej jednak zapłacić.

Wydatki związane z utrzymaniem kota


  Głównym wydatkiem jest tu jedzenie. Jak każdy wie, kot to mięsożerca. Codziennie musi otrzymać co najmniej jedną saszetkę z mokrą karmą (np. Kitekat - cena ok. 2,59 PLN za sztukę) oraz trochę karmy suchej (np. Whiskas - cena 18,99 PLN za 1,5 kg). Do tego dochodzą smakołyki takie jak wątróbka czy nerki. Podsumujmy – na samo jedzenie dla naszego pupila wydamy ok. 110 PLN miesięcznie. To oczywiście nie koniec wydatków. Domowy kot załatwia się do kuwety, w której musi być żwirek. To wydatek ok. 12 PLN (za żwirek drewniany 7 litrów). Jest jednak dość wydajny i może wystarczyć na cały miesiąc. W okresie zimowym w marketach budowlanych (a na znanym serwisie aukcyjnym przez cały rok) jest sprzedawany specjalny pellet do palenia w piecach. Nic jednak nie stoi na przeszkodzie, aby kupić go dla kota (jest to dokładnie to samo, co drewniany żwirek sprzedawany w sklepach zoologicznych, trzeba tylko zwrócić uwagę, żeby pellet nie śmierdział chemią - ma pachnieć naturalnym drewnem). Jest tani - ok. 20 PLN za 20kg! Droższą wersją jest żwirek sylikonowy. Według mnie wcale lepiej nie pochłania zapachu, za to szybko pochłania pieniądze - min 20 PLN za 5 litrów. Tu jednak wydatki się nie kończą. Niezależnie od tego, czy kot jest zwierzakiem wyłącznie domowym, czy też wychodzi na zewnątrz, powinien zostać wysterylizowany. Robi się to, gdy futrzak skończy 6 miesięcy. U kocura to raczej prosty zabieg, ale u kotki to już poważna operacja. Sterylizacja kosztuje odpowiednio ok. 80 PLN kot i ok. 120 PLN kocica. Jeżeli zdecydujecie się na kota, to, niestety, musicie liczyć się z tym, że może zachorować. To raczej pewne, że kilka, jak nie kilkanaście, razy będziecie musieli odwiedzić weterynarza. W końcu kot może żyć nawet 20 lat! Nie ukrywajmy – leczenie mruczka do tanich nie należy. Standardowa wizyta z badaniem kosztuje ok. 100 PLN. Jeżeli doliczymy leki i wizytę kontrolną, rachunek może wynieść grubo ponad 200 PLN. Na zdrowiu przyjaciela nie można jednak oszczędzać. Pustkę w portfelu wynagrodzi nam słodkie mruczenie zdrowego pupila. Jeżeli dodatkowo nasz kot jest zwierzakiem wychodzącym na dwór bez nadzoru, trzeba go zaszczepić przeciwko: wściekliźnie, kociemu katarowi i kociemu tyfusowi. Szczepienia trzeba powtarzać co 2 lata. Za każde zapłacimy ok 50 PLN w zależności od miejsca zamieszkania. Skoro wydatki związane z higieną i żywieniem kota mamy już za sobą, czas przejść do następnej kwestii – zabawek. Drapaki, maskotki i legowisko to są rzeczy, które nasz kot mieć musi. Ceny tych akcesoriów są bardzo różne i na pewno każdy znajdzie coś na swoją kieszeń. Poza tym jeżeli macie jakieś zdolności manualne, to niektóre zabawki można zrobić samemu. Należy tu dodać, że kot to niestety domowy szkodnik. Możecie mu kupić najlepszy drapak, ale i tak nie omieszka wbić pazurów w skórzaną sofę. A zatem - jest to zwierzak dla osób bardzo wyrozumiałych i raczej nie przywiązujących się do mebli:). 

Świnka Morska


  Świnkę morską z niezarejestrowanej hodowli można nabyć już za kilkanaście złotych. Osoby zainteresowane zwierzątkiem z rodowodem (tak, istnieją takie!:)) muszą się liczyć z wydatkiem od 200 – 300 PLN (trzeba tu zaznaczyć, że taniej kupimy osobnika płci męskiej. Samice są droższe ze względu na to, że mogą wydać na świat potomstwo. Chociaż rozmnażanie świnek przez amatorów jest niewskazane. Osoby, które prowadzą hodowle, mają już doświadczenie i wiedzą, jak się zająć maluchami. Amatorzy mogą jedynie zrobić zwierzątkom krzywdę.) Istnieje też możliwość adoptowania świnki zupełnie za darmo. Zainteresowanym polecam odwiedzenie strony Stowarzyszenia Pomocy Świnkom Morskim. Istenieje kilkanaście ras tych małych zwierząt, np. gładkowłosa, skinny, rozetka, peruwianka, merino, US teddy. Poszczególne rasy  potrzebują odpowiedniej opieki. Świnkę długowłosą należy wyczesywać i czasami kąpać, a skórę skinny nawilżać czasami oliwką.

Wydatki związane z utrzymaniem świnki morskiej


  Karma dla świnki morskiej nie jest dużym wydatkiem. Polecam karmę firmy Vitapol – kosztuje 5 PLN za 500g, a ma w składzie mnóstwo suszonych owoców i warzyw. Hodowcy polecają karmę firmy Versale Laga, która kosztuje ok. 40 PLN za 2,5kg. Czy jest lepsza niż Vitapol? Nie wiem, ale świnka chętnie zjada jedną i drugą, więc podejrzewam, że różnicy za bardzo nie ma. Jedno opakowanie wystarcza na ok. 2 tygodnie. Czasem na krócej. Poza karmą podstawową zwierzątko musi mieć stały dostęp do siana. Kosztuje ok. 4 PLN za 500g i dla jednej świnki wystarcza również na ok. 2 tygodnie. Nasz mały przyjaciel potrzebuje też pokarmu, który pozwoli mu ścierać zęby (bo gryzoniom cały czas one rosną). Najlepsze do tego są kolby. Kosztują ok. 4,50 PLN za dwie sztuki. Nawet jak zje już całą, to warto zostawić w klatce sam patyczek. Na koniec nie można zapomnieć o świeżych owocach i warzywach. Gryzonie uwielbiają: natkę pietruszki, marchew, ogórki, sałatę, arbuzy. Tu ciężko podliczyć koszt, ale to nie ma znaczenia, gdyż tych rzeczy nie kupujemy specjalnie dla zwierzątka. Do koniecznych wydatków trzeba zaliczyć również pellet lub trociny. Osobiście polecam trociny. Po pierwsze są tańsze - ok. 4 PLN za paczkę, a po drugie - śwince łatwiej po nich chodzić. Od pelletu zwierzątko może dostać odcisków. Jak widzicie, miesięczne utrzymanie świnki morskiej nie przekracza 30 PLN. Nie można jednak zapomnieć, że gryzoń musi gdzieś mieszkać. O ile kot chodzi po całym domu, to świnka musi mieć klatkę. Jest to jednak wydatek jednorazowy. Najlepsza klatka to taka o długości min. 80 cm. Jej cena to ok. 80-90 PLN. Do klatki niezbędne jest wyposażenie: miska, poidło, domek. Czyli kolejne 30 PLN (domek można zrobić samodzielnie, bo te ze sklepu są dość drogie.) Inne przydatne zabawki, które urozmaicą naszemu pupilowi życie w klatce, to hamak i tunel. Gryzonie lubią miejsca, gdzie mogą się schować. 
  Świnka morska żyje ok. 8 lat. W tym czasie może się zdarzyć, że będzie potrzebna konsultacja weterynarza. Nie są to duże pieniądze, bo za wizytę zapłacimy między 30 a 50 PLN w zależności od problemu. Świnka morska to podobnież zwierzę stadne. Warto więc zdecydować się na dwie świnki. Koszty karmy oczywiście będzie trzeba liczyć x2, ale za to gryzoniom będzie raźniej:) Z tym, że łączenie świnek jest trudne. Z wiadomych względów muszą to być osobniki jednej płci. Z doświadczenia wiem, że mogą się jednak nie zaprzyjaźnić. Dlatego zanim zdecydujecie się na drugą świnkę, musicie mieć plan, co zrobicie w momencie, gdy okaże się, że dwa gryzonie nie mogą mieszkać w jednej klatce. Z ciekawostek dotyczących tych zwierząt mogę zdradzić, że są bardzo interaktywne. Słyszałam opinie, że świnka "żyje własnym życiem" i nie przywiązuje się do właściciela. Nic bardziej mylnego. Ponadto taki gryzoń potrafi głośno domagać się smakołyków. Jeżeli codziennie rano przed pracą będziecie dawać zwierzakowi kawałek ogórka, to on szybko zapamięta ten rytuał. Może to akurat nie jest najlepsze, bo np. w sobotę gryzoń nie da opiekunowi pospać dłużej. Będzie piszczał, szarpał prętami od klatki i czekał na smakołyk, no bo przecież dostaje go codziennie o 7.00.

Jak uniknąć dodatkowych kosztów


  Handlowcy wiedzą, że właściciel chce dla pupila jak najlepiej. I niestety starają się naciągnąć na różne niepotrzebne koszty. Przykładowo - w sprzedaży są „ekskluzywne” puszki z karmą dla kota z najlepszego mięsa. Kosztują oczywiście 3x więcej niż „zwykła” karma. Aby zrozumieć bezsens kupowania tak drogiej karmy, zastanówcie się: jak często sami kupujecie szynkę parmeńską w cenie 77,80 PLN za 250g? Pewnie rzadko. Więc czemu mielibyście futrzakowi kupować taki „koci odpowiednik”? Zwierzak ze smakiem będzie jadł zwykłą karmę, a od czasu do czasu można mu zafundować coś ekstra. Tak samo jest z „nieuczulającymi” chrupkami dla kotów. Zanim powstały, koty przecież też musiały coś jeść. Handlowców i PR-owców poniosła trochę fantazja. No ale produkt trzeba jakoś upchnąć miłośnikom zwierząt, którzy są najłatwiejszym celem. W sklepie spotkałam się też z „ekologicznym, naturalnym sianem dla gryzoni” za jedyne 8,99 PLN za 500g. Czyli takie za 3,99 PLN jest jakieś sztuczne, skoro to droższe jest naturalne? Karmy wybierajcie mądrze. Wiadomo, zwierzak zasługuje na dobrej jakości pokarm, ale należy zachować umiar i nie przepłacać.

Zanim zdecydujecie się za zwierzaka, zastanówcie się, czy macie wystarczająco dużo czasu i energii, aby się nim zająć.  Czworonóg w domu to też dodatkowe obowiązki. Mimo że bardzo lubię zwierzęta, na niektóre z nich nie zdecydowałabym się. Trzeba mieć odpowiednie warunki i trochę czasu dla takiego pupila. Inaczej niestety zwierzak się męczy.


  Macie jakieś zwierzęta w domu? Co prawda utrzymanie zwierzątka trochę kosztuje, ale za to jego wdzięczność jest bezcenna.

sobota, 5 kwietnia 2014

Looking for the job - part 2



 Urząd Pracy - fakty i mity  

  Urząd Pracy to (paradoksalnie) ostatnie miejsce, do którego ludzie, którzy szukają zatrudnienia, mają ochotę pójść. Czy słusznie? Jeżeli jesteście ciekawi, co naprawdę oferuje Urząd Pracy, zachęcam do lektury dalszej części tekstu. 

  Urząd Pracy, jak sama nazwa wskazuje, powinien pomagać w znalezieniu pracy. Do instytucji codziennie napływa kilkanaście informacji o nowych wolnych stanowiskach. Aby skorzystać z pomocy Urzędu, trzeba się tam najpierw zarejestrować. Szczegóły dotyczące rejestracji znajdziecie na stronie urzędu właściwego dla Waszego miejsca zamieszkania (zwróćcie uwagę, że chodzi o miejsce zamieszkania, a nie zameldowania). Zasady wszędzie są jednak takie same: należy zgłosić się z dowodem osobistym, dyplomem ukończenia studiów lub ostatniej szkoły oraz wszystkimi świadectwami pracy i umowami (tych umów w rzeczywistości nigdy nie przeglądają. Przy rejestracji zawsze chcą zobaczyć tylko tę ostatnią, ale na wszelki wypadek lepiej zabrać ze sobą wszystkie). Jeżeli macie w dowodzie inny adres niż ten pod którym obecnie przebywacie, a chcecie się zarejestrować – nic straconego.  Należy się tymczasowo zameldować i z uzyskanym dokumentem pójść do UP. Aby się zameldować na pobyt czasowy, należy pobrać plik ze strony Urzędu Miasta/Dzielnicy, wypełnić go oraz poprosić właściciela lokalu o akt własności mieszkania (może to być też wypis z księgi wieczystej lub orzeczenie sądu). Następnie z dokumentami należy udać się do wyżej wymienionej instytucji, gdzie w dziale meldunków dostaniemy druk potwierdzający, że przebywamy pod wskazanym adresem. Zameldowanie tymczasowe jest wyłącznie informacją o tym, że przez określony czas mieszkamy we wskazanym miejscu. Tu według mnie pojawia się pierwszy problem dla osób, które chcą się zarejestrować w UP niezgodnym z miejscem stałego pobytu. Wiadomo, że jeżeli mieszkamy we Wrocławiu, ale zameldowani jesteśmy np. u rodziców w Lublinie, to nie będziemy przecież szukać pracy w rodzinnym mieście. Niestety samo oświadczenie, że przebywamy pod innym adresem nie wystarcza – trzeba mieć na to dowód i koniec. To niby tylko formalność, ale trochę czasu trzeba na to poświęcić. Problem mogą mieć osoby, które wynajmują mieszkanie - nie każdy właściciel chce dać zgodę na zameldowanie, choć tak naprawdę jest to jego obowiązek (mieszkania wynajmowane są często "na lewo", a jeżeli lokator to gdzieś zgłosi, na właściciela może zostać nałożona duża kara pieniężna. Dlatego też tacy ludzie nie chcą, aby ktokolwiek z lokatorów zgłaszał w urzędzie swój pobyt). Może za jakiś czas przepisy zostaną uproszczone. Wróćmy jednak do Urzędu Pracy. Udało nam się szczęśliwie zarejestrować (sama procedura trwa ok. 20 minut, gdyż dostajemy mnóstwo dokumentów do podpisania) i co teraz? Niestety w większości przypadków – NIC.

  Kto może znaleźć pracę w UP? Nie ukrywajmy, największe szanse mają osoby z wykształceniem średnim lub zawodowym. Wystarczy wejść na stronę jakiegokolwiek urzędu w jakimkolwiek mieście i przejrzeć oferty pracy. Te, które najczęściej się powtarzają, to: kucharz, magazynier, spawacz, fryzjer, sprzedawca. Osoby ukierunkowane na takie posady długo bezrobotnymi nie będą, ale co z resztą? Duże szanse na pomoc z UP mają też absolwenci wyższych uczelni i szkół ponadgimnazjalnych. Kluczowe jest tu słowo "pomoc", bo pracą tego za bardzo nazwać nie można. Przez rok od ukończenia szkoły urząd może sfinansować staż. Jest to dobre rozwiązanie dla osób, które w ogóle nie mają doświadczenia zawodowego. Niestety poza doświadczeniem niewiele zyskają. Kwota, jaką otrzymuje stażysta, wynosi ok. 800 PLN netto miesięcznie. Należy tu dodać, że staż to 8h przez 5 dni w tygodniu, które taka osoba spędza w pracy. Czasy, kiedy na stażu parzyło się kawę już dawno minęły i stażyści dostają przeważnie zadania, których nikomu innemu nie chce się robić. Reasumując - za 800 PLN stażysta pracuje jak każdy inny pracownik. Nie uważacie, że dla osób, które poświęciły sporo czasu na kształcenie się, to trochę mało? Moim zdaniem powinni utworzyć mniej ofert stażowych, ale za to podwyższyć tę kwotę do chociażby najniższej krajowej. Niemniej jednak, jeżeli komuś zależy na zdobyciu doświadczenia, staż jest bardzo dobrym rozwiązaniem. Zawsze to lepsze niż bezpłatny staż, który oferuje większość firm. Minusem jest to, że zaraz po sezonie obron na uczelniach UP jest wręcz zasypany podaniami o staże. Dlatego też otrzymanie go nie jest łatwą sprawą, ale prędzej czy poźniej takiej oferty doczeka się każdy, kto spełnia wymagania. Trzeba tu dodać, że podczas stażu taka osoba nie może mieć dodatkowego źródła dochodu. W innym przypadku traci prawo do odbywania stażu. Nie wiem, kto to wymyślił, ale za 800 PLN mało kto potrafi się utrzymać. Tak więc staż jest raczej dla osób, którym rodzice lub ktokolwiek inny pomaga finansowo.

  Spotkałam się z opinią, że Urząd Pracy wielu osobom kojarzy się wręcz z patologią. W każdym serialu czy filmie UP traktowany jest z „przymrużeniem oka”, jako miejsce, gdzie cwani bezrobotni chcą wyciągnąć zasiłki – bo pracy to żaden z nich nie chce. Prawdą jest, że można tam spotkać i takie przypadki. To jednak mniejszość (muszę przyznać, że trochę ich rozumiem - po co ktoś ma siedzieć po 8 godzin w pracy, której nawet nie lubi, jak może dostać pieniądze i spędzać czas tak jak chce?). O takich "osobistściach" po UP krążą już legendy. Zwykle przewijają się tam jednak młodzi ludzie. Takie osoby wcale nie liczą na znalezienie w ten sposób pracy. Chcą mieć po prostu ubezpieczenie. To jeden z kilku plusów UP. Wszyscy zarejestrowani mają odprowadzana składkę zdrowotną, przez co mogą korzystać z usług lekarzy na koszt NFZ.

  Reasumując - pracy najlepiej szukać na własną rękę, gdyż na UP nie ma co liczyć. Warto się tam jednak zarejestrować dla wspomnianego ubezpieczenia i dla dotacji na własną działalność gospodarczą, co opiszę niebawem.
 
Macie jakieś doświadczenie związane z Urzędem Pracy?